| Ostatnia ogólnopolska impreza roku 2006, specyficzna, bo przebiegająca w ciemnościach wieczoru, czyli dla cywili kolejna rocznica wybuchu powstania listopadowego (176) a dla podchorążych dzień podchorążego właśnie, przetoczyła się przez ulice jesiennej Warszawy. Trasą jak w poprzednim roku spod Zamku, poprzez rynek Starego miasta, Barbakan, Długą do Arsenału, włącznie z wywalaniem bramy do tegoż. Polacy musieli zaliczyć część oficjalną pod grobem Nieznanego Żołnierza, zatem trochę się pod Zamek spóźnili, ale jak już przybyli to z przytupem i bardzo bojowo nastrojeni.
Moskale na placu zamkowym zjawili się jeszcze za dnia a ponieważ od dawna nikt z miejscowych na nich nie oczekiwał, sami zajęli pozycję i czekali na Polaków ładną chwilę a spędzali ten czas na miłych pogawędzą i różnych wewnątrz organizacyjnych zajęciach rozgrzewających, ale nie przesadzili, chociaż ich nastrój bojowy rósł w miarę czekania. Trochę ich jednak oczekiwanie męczyło i już zaczęli kombinować jak uprzyjemnić przybycie buntownikom już chcieli ciągnąć armatę pod kolumnę Zygmunta ( pod pomnik jak ją nazwali), a do tego trochę piechoty i już cieszyli się z niespodzianki, jaką sprawią przybywającym Polakom. Prawdę mówiąc mieli ochotę pójść dalej i łakomie spoglądali na ciemny wylot krakowskiego przedmieścia i kto wie, jaką niespodziankę sprawiliby zapuszczając się aż pod pałac Namiestnikowski, ale niestety ktoś pod Zamkiem jednak wiedział, że impreza ma się zacząć z mniejszym animuszem. Moskale zostali w ostatniej chwili powiadomieni i grzecznie schowali się za węgłem Zamku pod Pizza Hut-em i tam zalegli. Wniosek, że nie można zostawiać Moskali bez opieki jest trywialny a to, że nie dostali dobitnych rozkazów, co mają robić pod Zamkiem świadczy po raz kolejny, że historia swoje a my swoje.
No, ale wszystko potoczyło się zgodnie ze scenariuszem, przybył kolega Ziółkowski buntownik-patriota i wzywał kolegę Borkowskiego lojalistę do oddania zamku a ponieważ, Ci co bronili praw króla polskiego niejakiego Mikołaja ale nie tego co szasta prezentami, do jego korony nie chcieli zrezygnować, doszło do bitki. Moskale wiedząc, że będą ustępowali uzgadniali gorączkowo, kto ma osłaniać odwrót a chętnych było wielu w końcu jednak jakoś się ze sobą dogadali i impreza ruszyła. Grzmotnęły armaty, ale kudy im do moździerza Horchego, który imprezę zaszczycił tyle, że moździerzyk skrzętnie za pazuchą ukrył i nie użył, a szkoda, bo by było jeszcze weselej. Zatem po tym jak ww. koledzy odtworzyli scenę dyskusji, kto ma rację, legaliści broniąc króla a patrioci obalając tron cara, wojsko ruszyło do zwarcia i od razu było widać, że wieczorny chłodek dodaje im ochoty do zmagań, Moskale po jednym zwarciu na środku placu zamkowego mieli mało, ale czujne oko dyrektora w porę spostrzegło tę niezdrową chętkę i dostali stanowczy rozkaz do wycofywania się. Oj nie bardzo im się to podobało, zasadzkę pod katedrą urządzili, cofali się z nadzieją, że buntownicy oprzytomnieją jednak i opuszczą rękę podniesioną na majestat, aż musiał kolega Ziółkowski prosić prawie żeby raczyli cofać się szybciej.
Na rynku starego miasta jeszcze się wahali jeszcze formowali kolumny w różnych miejscach gotowi skoczyć do przodu i znowu fatalny rozkaz zmusił ich do odwrotu. Na rynku zaczęła się gadka, że wtedy to Polaków było więcej i że Warszawa to takie miasto dobre do bitki, ale jakoś się w końcu ruszyli. Przez Barbakan przeszli bez wzruszeń no i odwrót nabrał tępa, Długą Podchorążowie musieli biec żeby dogonić wroga mieli potem trochę problemy z wyhamowaniem tępa ale dzięki temu wzięli do niewoli kolegę Zalewskiego Piotra, Achmeda z Prusakami i kilka koleżanek ze stowarzyszenia Arsenał. Ale nic im z tego nie przyszło, chociaż było ciemno, jasyr puścić musieli wolno żeby sprawnie gonić lojalistów. A ci wyciągali nogi pod czujnym okiem kolegi Skolika, który nie pozwalał własnym kamratom bić się za króla i 1-szą kongresówkę w ciemnej warszawskiej ulicy. Pod Arsenałem biegać się nie dało, po dwóch wystrzałach z armaty było po wszystkim, w tak zwanym międzyczasie koledzy Ziółkowski i Borkowski musieli sobie jeszcze raz historycznie pogadać, no i bar został wzięty.
Na zakończenie krótkie przemówienie generała, medale dla dowódców, hymnu zamiast jednej zwrotki zagrała elektroniczna orkiestra cztery i nie wiadomo było czy nie będzie więcej i po wszystkim, można było konsumować zwycięstwo. Szukając przyczyny biegu na Arsenał nie widzę winy u kolegów Ziółkowskiego i Borkowskiego, bo pyskowali sobie nie za wiele, zatem to nie oni zafundowali ekspresowe tempo na trasie Zamek-Arsenał, Polacy spóźniając się pod zamek wskazują że to gdzieś na drodze leży przyczyna dzisiejszej gonitwy na podanej wyżej trasie. Moskali ciągnęło w stronę pałacu namiestnikowskiego może to w nim Polacy za długo szukali Konstantego zapomniawszy, że tenże zwiał nie z niego i to dość dawno temu. Kto zafundował ten bieg już teraz nie ma to znaczenia, każda impreza ma w sobie coś szczególnego i dziś była nią gonitwa podchorążych po Długiej.
Jest w tej gonitwie historyczna paralela, gdyż, gdy chłopcy w 1830 ruszyli do boju, był on gonitwą za marzeniem o wolnej o Polsce. Urodzili się u progu a wyrośli w 1-szej Kongresówkce, która oparta plecami o wielkie imperium prężnie rozwijała się gospodarczo, ale to oni byli pierwszym pokoleniem, które nie znało 1-szej rzeczpospolitej i mam nadzieją, że Ich wymarzona Polska nie sięgała od morza do morza a była tam gdzie mówiono wówczas po polsku, co stanowi niemały kawałek ówczesnej Europy. Szanujmy dzień podchorążego, który dał nam wiele wrażeń, pozwolił spotkać się z Rosjanami, Białorusinami, Litwinami, z którymi już nie raz spotykaliśmy się na rekonstrukcjach w Polsce i za granicą. A warszawiakom zdziwienie, że Rosjanie mówią po rosyjsku i noszą ruskie mundury i że wieją po warszawskich ulicach przed Polakami, wiadomo cywile, zawsze zdziwieni bez względu na porę roku i dnia.
Feliks Rakuski
|