| [Od Redakcji. W celu przybliżenia klimatu epoki napoleońskiej przedstawiamy kolejny z serii odnalezionych tekstów z epoki. Poniższy tekst, dotyczący batalii pod Austerlitz, jest bezimienny. Należy jednak sądzić, że należał do szeregowego żołnierza (wyraźne błędy w rozumieniu taktyki), niezbyt użytecznego w swoim oddziale (stąd relegowanie do innej sekcji na czas walki). Składnia oraz specyficzne słownictwo pozwalają sądzić, że pochodził z rejonu, gdzie powszechny jest język gwarowy . Zdecydowaliśmy się jednak na publikację z dwóch przyczyn. Po pierwsze, obraz epoki kształtują także takie teksty. Po drugie, dość unikalny jest opis zdobycia twierdzy Spilberk dokonany przez naocznego świadka, w akcji tej uczestniczyło bowiem niewielu żołnierzy. Niezbędne dla prawdy historycznej uwagi Redakcji umieszczone zostały w nawiasach kwadratowych. Życzymy przyjemnej lektury.]
(...) deszcz kapał: kap kap kap [nieścisłe – temperatury były dość niskie i było wietrznie, natomiast opadów prawie nie odnotowano, przyp.red.]. Austerlitz okazało się doświadczeniem nad wyraz ciekawym. Udało się dokonać syntezy clubbingu, walk ulicznych, obozu dla uchodźców i dynamicznej bitwy oraz udowodnić, że więcej nas łączy niż dzieli. Ale nie uprzedzajmy faktów. Głównymi osobami dramatu z mojego punktu widzenia był 2gi Pułk (a raczej 2gie Pułki) [autor ma na myśli kompanie 4tą, 6tą i Woltyżerską z 2PP, przyp.red.] dowodzony przez porucznika Waldemara Z. oraz podoficerów Wozynkta i Remingtona. Relegowany do francuskiej 22jki wraz z grenadierem Paysan mogłem obserwować skuteczność polskiego plutonu z 2ką na blachach naczelnych i ładownicach z troszkę odleglejszej perspektywy (co, mam nadzieję, doda mojej relacji obiektywizmu) i dlatego też przyjąłem na siebie rolę relacjonującego przebieg tej potyczki, jak i samego „biwaku”. Wybaczcie ciężar mojego pióra, które może nie podołać temu zadaniu oraz w mniej lub bardziej zamierzony sposób sprawi, że mogę „podpaść” różnym grupom [tak zwana inwokacja do czytelników, częsty zabieg stylistyczny w epoce, przyp.red.].
Miejscem biwaku okazał się uroczy budynek szkoły, w tak modnym w ostatnim dziesięcioleciu stylu socrealizmu [najwyraźniej miejsce zamieszkania autora ma poważne opóźnienie w rozwoju architektury, przyp.red.]. Na szybach wymienionej budowli zawieszone były modern artowe obrazy ludzików, którzy robią salta i stają się coraz mniejsi i mniejsi aby w końcu rozpłynąć się w otchłani czarnych farb plakatowych. Pozytywnie zachęceni tym dobrym znakiem z ochotą zrzuciliśmy sprzęt w sali gimnastycznej i szybko przywdzialiśmy na siebie mundury. Gdy byliśmy przy końcu zapinania naszych kamaszy, organizator oświadczył, że na salę gimnastyczną nie wolno wchodzić w butach. Prośba nie spotkała się ze zrozumieniem i niektórzy gwałtownie protestowali udowadniając sobie tylko znanymi sposobami, że podkute buty nie ryją drewnianej posadzki i że w/w zakaz to tylko złośliwość Organizatorów i kolejny rozdział prześladowań narodów słowiańskich w annałach europejskich. Przyznaję się bez bicia, że sam byłem przez chwilę w tej grupie. Jednak spojrzałem w lustro, zreflektowałem się i przeprosiłem. W końcu jednak emocje opadły, co bardziej wojownicze jednostki uspokoiły się i ruszyliśmy trolejbusami zdobywać fortecę miasta Brna o swojsko brzmiącej nazwie Spielberg [obecnie Spilberk, przyp.red.].... I owszem - szarża na te fortyfikacje okazała się godna ujęć z „Szeregowca Ryana” [w oryginale SAVE PRIVATE RYAN, zawiła historia z morałem, modne dziełko batalistyczne z epoki, przyp,red]. Przepychaliśmy się między publicznością, wspinając się w górę ku bramom fortecy i co rusz prowadząc ogień do broniących się zaciekle Koalicjantów. Pomimo, że ukształtowanie terenu jak i panujący wokół chaos skłaniał ku zastosowaniu tak popularnej ostatnio taktyki walki „kupą”, nasi kaprale w miarę możliwości trzymali porządek w linii. Przy okazji nawiązaliśmy nowe bliskie znajomości, gdyż za każdym rogiem czekał na nas oddział Baszkirów, którzy upatrzyli sobie nas i co rusz wpadali między nasze linie i z kindżałami szerzyli zniszczenie ku uciesze publiczności i swojej. My nie pozostawaliśmy im dłużni i za każdym razem gdy uciekali, sadziliśmy im serię w plecy, na co oni odpowiadali słowiańskim „Job Twoja mać”, co jak wiadomo według francuskiej encyklopedii w haśle „Kozacy” oznacza „Niech żyje Batiuszka Car”. W końcu jednak nowa szpada, naprawdę coś zjawiskowo ładnego, naszego porucznika wskazała nam kierunek ku zwycięstwu i forteca została zdobyta, czyli wszystkim zabrakło ładunków i czas było kończyć przedstawienie. Oczywiście w rzeczywistości 200 lat temu z naszym uzbrojeniem i liczbą moglibyśmy tej fortecy co najwyżej pogrozić stemplami, no ale niech ten fakt zniknie w pomroce dziejów. Na dziedzińcu fortecy Spielberg oficjalnie powitał nas Sztab Armii Francuskiej. Chętnym zostało podane grzane wino, po czym zostaliśmy rozpuszczeni przez naszych dowódców i każdy udał się w przez siebie wybranym kierunku. Wraz z saperem Marcinem, kapralem Wozynktem, grenadierem Paysan, porucznikiem Waldkiem i kilkoma innymi żołnierzami udaliśmy się oglądać rozwiązania fortyfikacyjne oraz ustawienie dział, które od zakończenia Epoki dalej spoczywały tutaj na swoich miejscach. Ta krótka wyprawa okazała się bardzo pouczająca, ponieważ wywiązała się dyskusja o roli umocnień, widomy znak, że na Allegro udało się zdobyć za 29,50PLN „Umocnienie polowe” Prądzyńskiego, obecny bestseller. Będąc świeżo po przeczytaniu dzieł z epoki na temat fortyfikacji, uzgodniliśmy, że generalnie lepiej być w twierdzy na górze niż pod murami twierdzy na dole. Natomiast wieczorny spacer po Brnie w mundurach polegał głównie na szukaniu jakiegoś miejsca gdzie w spokoju można coś zjeść – po około dwóch godzinach poszukiwań udało nam się takowe miejsce znaleźć. Nie będę udawał, że wieczorny spacer po tak historycznej starówce był dla nas mistycznym przeżyciem, które wpisze się nam w pamięć po wsze czasy. Czesi traktowali nas jak zabawnych przebierańców i jakkolwiek raczej z sympatią, co chwilę słychać było za nami entuzjastyczne pokrzykiwania: „wojacy, wiwat Napoleon”, które w pewnym momencie zaczęły być denerwujące. Po posiłku udaliśmy się do taksówki, która zawiozła nas prosto do obozu dla uchodźców, lub mówiąc inaczej szkoły. Następny ranek wypełniony był raczej klasycznymi zajęciami – sypanie ładunków, przygotowywanie broni, wspomnienia poprzedniej nocy. Należałoby tutaj napisać o wieczornych doświadczeniach części żołnierzy 2giego Pułku pod przewodnictwem Huzara, który przez przypadek, jak twierdzi, zawiódł swoich podkomendnych do bardzo specyficznego baru… Nie czuję się na siłach opisywać, co to był za bar, dlatego wszelkich zainteresowanych odsyłam do w/w osób podczas następnego biwaku. Jednak nie ma co uruchamiać wyobraźni, ponieważ przez cały ten wieczór towarzyszył im Kapelan Pułkowy, który dbał o czystość dusz swoich kolegów, a oni w zamian odwdzięczali mu się tym samym. W końcu przyszedł czas bitwy – najpierw przejazd trolejbusem, później średniej długości marsz [5.5km, przyp.red], aż w końcu stanęliśmy na właściwym polu bitwy, które otoczone biało-czerwoną taśmą i dość dużym tłumem za chwilę miało stać się świadkiem najbardziej zaciętej potyczki od 200 lat, ewentualnie najbardziej zaciętej potyczki od poprzedniego biwaku. Dowództwo [Sztab Brygady, przyp.red.] zdecydowało, że 2gi Pułk będzie działał [jako druga sekcja trzeciego plutonu, przyp.red.] razem z 22gą półbrygadą [stanowiącą pierwszą sekcję tego plutonu, przyp.red.] jako część Gwardii [Batalionu Gwardii w składzie Brygady Thiebault, przyp.red] dowodzoną z użyciem tylko komend francuskich. Było to duże wyróżnienie dla dość młodego w skali europejskiej Pułku, gdyż 22jka znana jest z dość restrykcyjnego podejścia do wszelkich regulacji. No i nie trzeba również dodawać, że była okazja sprawdzić, czy polska kadra odrobiła zadanie domowe i będą potrafili błyskawicznie tłumaczyć francuskie komendy i wprowadzać je w życie. Tak jak mówiłem, służyłem w szeregach 22giej półbrygady, więc uczciwie mogę stwierdzić, jak wyglądało to w praktyce. Ale zanim komuś podpadnę, postaram się pokrótce opisać pole bitwy, jak i obie walczące armie. Pole bitwy było dość małe i musiało pomieścić około 800 żołnierzy [według OdB żołnierzy było ponad 900, 327 po stronie francuskiej i około 600 po stronie sprzymierzonych, przyp.red.]. Dość pofałdowany teren sprawił, że nam przypadła rola atakowania z góry [zadaniem Brygady Thiebault było zaatakowanie z flanki kolumn Sprzymierzonych związanych walką z Brygadą Merle, przyp.red.] na biednych koalicjantów, którym przypadła, tak jak zawsze, rola polegnięcia na polu chwały. Zanim jednak to nastąpiło, dużo wody w Wełtawie zdążyło upłynąć i każdy z nas wystrzelił około 25-30 ładunków dzięki czemu ten cały obszar wyglądał po bitwie jakby spadł śnieg, gdyż odgryzione, białe ładunki dominowały w krajobrazie. Naszą linią dowodził grenadier Pere Fabius z 22eme oraz porucznik Waldemar z 2giego Pułku, nazywanego uroczo deuxieme polonaise [nieścisłe, wymienieni byli: dowódcą plutonu i dowódcą drugiej sekcji, przyp.red]. Przyszło nam rozsypać tyralierę przed frontem francuskich wojsk oraz osłaniać ich odwrót w razie zagrożenia ze strony wojsk sprzymierzonych lub kawalerii. I tak też się stało. Dość sprawnie obie nasze jednostki rozsypywały się dwójkami wpierw naprzemiennie, aby później w całości chronić lewe skrzydło wojsk Cesarza. Tym razem nasi ulubieni Baszkirzy działali w innej części pola bitwy [naprzeciw prawego skrzydła Brygady Merle, przyp.red.] i przypadła nam rola odstrzeliwania się Austriakom jak i kawalerii, która solidnie psuła nam krew. Jako, że pole bitwy było dość małe, dosłownie wydawało nam się, że kawaleria naprawdę operuje pełnymi szwadronami i co chwile próbowała rozbić nasze czworoboki. Za każdym razem odwdzięczaliśmy się im salwą w plecy, ku uciesze naszej i publiczności. I tutaj niestety muszę stwierdzić, że w walce z kawalerią praktycznie wszystkie grupy, które obserwowałem, zachowywały się jakby rekonstruowali cząsteczki w budowaniu modelu teorii chaosu. Kiedy tylko dowódca krzyczał „formować czworobok!” wszyscy na łeb na szyje lecieli plecami do siebie tworząc małe grupki wyglądające jak zdenerwowany jeż. Nie byłoby w tym nawet nic złego, gdyby nie to, że zazwyczaj Oficer, dobosz i sztandarowi zostawali poza tym „czworobokiem” dzięki czemu kawaleria mogła błyskawicznie ich ściąć. I to jest koronny dowód, że jednak bardzo daleko nam do opanowania historycznych żołnierzy jak również i znajomości regulaminów jak i umiejętności wcielania go w życie. Morał taki jak zawsze: więcej treningów i musztry. Ale wróćmy do bitwy…. Naprawdę takiej kakofonii wystrzałów, krzyków Vivat Cesarz i Vivat Kaiser tudzież Car nie widziałem i słyszałem od dłuższego czasu. Hałas i chaos był tak dłuży, że kaprale musieli ostro ścierać gardło, aby ktoś ich usłyszał (chociaż usłyszeć, a zrozumieć i później to wykonać to już inna sprawa – kłania się brak znajomości nawet podstaw musztry u niektórych). Chaos, wszechobecny ogień z karabinów, bliskość salw z dział, krzyki i fontanny ognia (pomimo braku tak modnej ostatnio pirotechniki) wprawiały niektórych w ekstazę. Sytuacja ta dawała złudzenie prawdziwego pola bitwy do tego stopnia, że mogła wzbudzić w pewnej chwili prawdziwy strach lub co najmniej pewien dyskomfort psychiczny. A przecież rekonstruktorów nie było aż tak bardzo dużo…. Tutaj należy się wyraz uznania CENS, który nie uległ megalomanii i dostosował wielkość pola bitwy do liczby uczestników nie udając, że 10 żołnierzy jest równych Pułkowi sprzed 200 lat , a korpusem jest już grupa powyżej 50 osób. Przykład godny do naśladowania dla naszego rodzimego środowiska i organizatorów [istotnie, założeniem CENS nie było odwzorowanie całej bitwy, ale końcowego momentu przechwycenia przez armię francuską kolumn lewego skrzydła sprzymierzonych, przyp.red.] Lufy dość szybko zrobiły się prawie czerwone od prowadzonego ognia, tak samo jak ja pisząc takie bzdety. Co chwilę próbowaliśmy zajść naszych przeciwników, aby po chwili oni się nam rewanżowali tym samym. Nasza strona nie posiadała praktycznie kawalerii [nieścisłe, operowały tam 5 Pułk Szwoleżerów-Lansjerów i 3 Pułk Huzarów z Brygady Margaron, przyp.red.] a przynajmniej nie było jej tam gdzie my byliśmy, co dawało pole do popisu dla konnych przeciwników, którzy z lubością nas napastowali i robili to naprawdę dobrze. Nasza artyleria [artyleria piesza Gwardii i 5 Pułk artylerii pieszej, przyp.red.] prowadziła ogień bardzo regularnie i profesjonalnie i widać było, że Panowie odrobili zadania domowe i naprawdę miło było czuć, że ma się wsparcie czegoś większego niż karabin. W końcu wróg zaczął się cofać, ale co ciekawe my raczej pozostaliśmy w swoim rejonie, utrzymując stałą pozycję. Zaszczyt dokonania ostatecznej redukcji wojsk wroga przypadł Francuzom [ 8my, 18ty, 30ty i 57my Pułk, przyp.red.], którzy z pieśnią na ustach uderzyli kolumną plutonową i zepchnęli z pola bitwy resztki przeciwników. My w tym czasie przyglądaliśmy się z górki jak po kolejny od faktycznych wydarzeń jeszcze raz stało się zadość historii. Bitwa wygrana, odebranie braw, salutowanie do publiczności i do domu. Wieczór upłynął nam na długich typowo polskich dyskusjach, takich jak wojna narodowowyzwoleńcza, złamane serca, polityka jak i inne luźne tematy. Niestety znowu i tutaj brakowało uczciwej musztry. Ostatniego dnia odbył się marsz pod pomnik poległych. Kilka kilometrów marszu [4 km, przyp.red] pozwoliło nam na rozruszanie mięśni po niezbyt wygodnym noclegu, jak również na własne oczy zobaczyliśmy dużą część pola bitwy, o którym tylko czytaliśmy w książkach. Pod samym pomnikiem zasłużeni odebrali Legie Honorowe CENS [płk Vystrcil, płk Fojtu, sierżanci Parizek, Rozypal, Vagner, żołnierze Sklenar i Nowak] jak również zmuszeni byliśmy do wysłuchania modlitw i okolicznościowej serii przemówień. Nie nastawiło nas to zbyt pozytywnie, ale widać taka była potrzeba chwili, aby wziąć udział w tych uroczystościach, jako jedyni z Polaków. A więc honory zostały oddane poległym, podziękowania złożone i przyszedł czas na powrót trolejbusem [w rzeczywistości autobusem, autor słabo rozróżnia środki transportu, przyp.red.] do noclegowni i powrót do domu [po drodze zwiedzano wzgórze Zuran, Santon, Mohila Miru, Stara Posta i zamek w Austerlitz, przyp.red.]. Ten upłynął wszystkim bezstresowo i dość przyjemnie – po prostu dobre zakończenie sezonu. Reasumując trzeba powiedzieć uczciwie – biwak jako taki nie istniał – zakwaterowanie miało minimalny standard i miało tyle wspólnego z historycznymi realiami co samuraj z mintajem. Organizacja nadmiernej ilości przemarszów jak i brak czasu na musztrę również mogła drażnić, tak samo jak i końcówka przed pomnikiem poległych, gdzie zbyt długo „honorowano” siebie nawzajem. Również sam nocleg a’la uchodźcy i nakaz zdejmowania butów po prostu męczył w pewnym momencie, jak również kakofonia chrapania we wszelkich tonacjach, jaka niezmiennie towarzyszy śpiącemu tłumowi. Z drugiej jednak strony jeszcze raz okazało się, że więcej nas łączy niż dzieli. 22ga Demi-brygada jak i 2gi Pułk razem z oficerami i podoficerami pokazały, że jeśli grupy nawet z kompletnie innych części świata są dobrze wytrenowane będą umiały świetnie współpracować i poruszać się zgodnie z kanonami sprzed 200 lat. Dynamizm bitwy, intensywność, ale nie chaotyczność ognia, utarczki z kawalerią oraz dość skomplikowane manewry z użyciem francuskich komend dały chyba nie tylko mi satysfakcję oraz jeszcze raz udowodniły, że „elitarność” w naszym hobby nie polega tylko na finansowym nakładzie na mundur, wypitym alkoholu oraz „znajomościach”, ale na uczciwej pracy oficerów i podoficerów, wyszkoleniu szeregowych żołnierzy oraz zachowaniu elementarnych zasad kultury i rzetelności w pracy. Na koniec nasuwa się jeden wniosek: mniej filozofowania - więcej czytania regulaminów i trenowania, mniej źle zrozumianej „integracji” i „zabawy”, a Austerlitz za rok będzie jeszcze lepsze, ponieważ tak naprawdę każda impreza, nawet najgorzej zorganizowana, będzie na tyle dobra na ile my sami ją taką zrobimy.
PS. Zaznaczam, że relacjonowałem to, co widziałem – mam świadomość, że w biwaku brały udział również inne polskie oddziały [w większych składach 4ty Pułk Piechoty i Legia Polsko-włoska, przyp.red.], ale naprawdę trudno opisywać to, czego się nie widziało, choć niektórzy tak potrafią i nazywa się to dziennikarstwo kreatywne, ale niestety tak jeszcze pisać nie umiem – chyba, że jestem zakochany. Fraternite, Grenadier Aimant
|