Drogi Koroniarzu
Ostatnio ukazał się tekst w "Medecine et Armees" - niestety po francusku - gdzie wykorzystano program symulacyjny do oceny znanych objawów klinicznych. I po raz kolejny - a tu głębokie "...chapeau bas..." wobec przenikliwości niedawno zmarłego Bena Weidera - teza o otruciu znalazła swoje uzasadnienie. Tym razem: a trudno przypuszczać, by mylił się i system TRAUMA i Clermont Ferrand - można powiedzieć jednoznacznie iz to było powolne otrucie, dające symptomatologicznie objawy podobne do owrzodzenia [a nie nowotworu] żołądka. Za dużo w tej "Onetowej" wypowiedzi optymizmu - po subtotalnej resekcji z przyczyn nowotworowych jest b. duża śmiertelność [więcej napisać z przyczyn obiektywnych nie mogę].
No i mały "...smaczek...". Po raz kolejny przeczytałam pierwszą biografię Larreya autorstwa Paula Triaire [I wydanie 1898] gdzie podaje m. in. iż właśnie Larrey też świetny anatom po przeczytaniu protokołów Antommarchiego poddał w wątpliwość przyczynę zgonu.
To tyle - odnoszę wrażenie, że "...zmuszę się..." do przetłumaczenia tym bardziej, że autorem jest mój Kolega.
Pozdrowienia
P.S.
W załączeniu - przepraszam za opóźnienia - obiecany "...gniot...".
Koroniarz bywalec I Régiment de chevau-légers (Polonais)
Dołączył: 17 Gru 2005 Posty: 1572
Wysłany: 2008-12-09, 17:45
Pani Mario!
Gorąco dziękuję za artykuł, który z marszu zamieściłem na stronie: http://arsenal.org.pl/aktualnosci.php . Wciąż mam Pani płytkę i wyglądam okazji by ją zwrócić.
Pozdrawiam!
_________________ "Czyń coś powinien, a będzie co może" Andrzej Niegolewski
Drogi Panie Koroniarzu.
Dziękuję serdecznie za życzliwe przyjęcie mojego "...gniota...". Tekst z Onet - u przeczytałam raz jeszcze dokładnie i podzielam opinię, iz za łatwo i za szybko sie tam pisze. Ani słowa o źródłach, a zabrakło mi tekstu Jean-Claude Chyba o genetycznych uwarunkowaniach chorób nowotworowych i problemach tzw. skaz rodzinnych.
Co do samej hipotezy - no cóż brak pewnych powiązań z toksykologią, która jednak dużo tu miała i nadal ma do powiedzenia podobnie jak i temat XIX wiecznych surowców leczniczych.
Dziękuję raz jeszcze
Pozdrowienia
...maleńki dodatek.
Owo "...coś..." z podtruwaniem Cesarza. Otóż Triaire cytuje pamiętniki Montholona, jak ten spragniony, czy zmęczony w czasie jakiejś "...sesji pisarskiej..." z Napoleonem napił się z Jego szklanki przygotowanej lemoniady i niestety pochorował się.
Cesarz po tym fakcie zabronił przychodzić do siebie jakiemukolwiek medykowi.
A dla odmiany Hipolit Larrey - syn Jana Dominika - wspomina w traktacie przygotowanym dla Madame Mere [matki Cesarza] o sekcji zwłok, która jego zdaniem była nazbyt pośpieszna i niemożliwe było po jednym rzucie oka opisanie zmiany przy odźwierniku jako pierwotnej i nowotworowej. To równiez pisał świetny anatom.
Pozdrowienia.
Koroniarz bywalec I Régiment de chevau-légers (Polonais)
Dołączył: 17 Gru 2005 Posty: 1572
Wysłany: 2009-05-17, 08:27
Maria J. Turos napisał/a:
Triaire cytuje pamiętniki Montholona
Ta nasza wymiana chodziła mi po głowie przez dłuższy czas, gdyż nie mogłem sobie przypomnieć, gdzie czytałem wcześniej o tej relacji. Przeglądając nowe wydanie "Empirowego Pasjansu", Łysiaka znalazłem odpowiedź: tamże, w części czwartej "Walety" / "Walet trefl (Montholon) - Truciciel z Longwood". Łysiak z pasją referował tam tezę dr Stena Forshufvud'a (którą ten spisał zresztą wspólnie z cytowanym wcześniej Benem Wieiderem) o otruciu cesarza:
Cytat:
Truciciel z Longwood wzbogacił systematyczne truciem "a la Brinvilliers" czymś na kształt "coup de grace" za pomocą trucizny rtęciowej, przystępując do realizacji tej dodatkowej fazy w pierwszych dniach maja 1821 roku.
Rzecz prosta Montholon, strojąc się w piórka "jedynego lekarza", nie mógł pozbawić Napoleona pomocy prawdziwych lekarzy, gdyż to byłoby podejrzane. Natychmiast więc po odsunięciu doktora Antommarchi od łoża chorego zaczął sprowadzać do Longwood lekarza garnizonu brytyjskiego na wyspie, Arnotta, który konsultował się z dwoma swoimi kolegami, Shorttem i Mitchellem. Pierwszy raz 3 maja 1821 roku o godzinie 17:30, a następnie 4 maja, Montholon dał choremu (zgodnie z radą Arnotta, Shortta i Mitchella) kalomel, uważany wówczas za quasi-panaceum, analogicznie do uwielbianej w XX wieku penicyliny. 5 maja o godzinie 17:50 Cesarz zmarł.
Chlorek rtęciawy (Hg2Cl2), zwany kalomelem, jest środkiem leczniczym (m.in. przeczyszczającym), który sam nie jest niebezpieczny. Gdy jednak zmieszać go z mleczkiem z gorzkich migdałów staje się piorunującą trucizną: cyjankiem rtęci. Bertrand, Marchand i Antommarchi piszą w swych pamiętnikach, że od ostatnich dni kwietnia aż po zgon Napoleona Montholon serwował mu regularnie orszadę. Do produkcji orszady używano wówczas wody z kwiatu pomarańczowego, cukru i... mleczka migdałowego.
Montholon, jako jedyny, w swym pamiętniku ze Św. Heleny nie pisze o orszadzie, ale o oranżadzie. Ot, taka drobna różnica pamięciowa. Tuż potem idzie druga, równie interesująca: pan hrabia "zapomniał" napisać, że 3 maja to właśnie on nie dopuścił trzech lekarzy brytyjskich do łoża Bonapartego, i że to właśnie on (gdy ich decyzji o podaniu kalomelu sprzeciwił się kategorycznie dr Antommarchi i Montholona proszono o rozstrzygnięcie sporu) zdecydował dyktatorsko, by zaaplikować choremu chlorek rtęciawy!
Montholon był ostrożny; swoje pamiętniki wydal dopiero w roku 1846 (i to w Lipsku, a nie we Francji!), gdy ze świętoheleńskich towarzyszy Napoleona żyli oprócz niego już tylko Gourgaud i Marchand. (...) Ale się przeliczył; gdy Marchand ujrzał zawarte w tych wspomnieniach kłamstwa, ogarnęła go wściekłość i żądał natychmiastowych poprawek. Wybuchłby skandal, lecz Montholon umarł i sprawa przycichła.
Truciem "a la Brinvilliers" nazywano trucie arszenikiem w małych dawkach, a owym "coup de grace" miał być cyjanek rtęci. O ile Łysiakowi wielokrotnie zarzucano, że pasja ponosi go na manowce, to nie mając wiedzy medycznej, trudniej się dyskutuje z lekarzem, dr Forshufvudem, tudzież zaprezentowanymi przezeń wynikami badań laboratoryjnych. Ciekawostką jest to, że w okresie późniejszym gen. Montholon miał być agentem Burbonów skierowanym do śledzenia Ludwika Napoleona (Wikipedia, ang. hasło: Monarchia lipcowa, w polskiej wersji tego hasła Montholon nie jest już wspominany), późniejszego cesarza Napoleona III. Wspomniane przez Łysiaka "Récits de la captivité de l'Empereur Napoléon à Sainte-Hélène." Montholona można znaleźć w tłumaczeniu na język angielski HISTORY OF THE CAPTIVITY OF NAPOLEON AT ST. HELENA. / GENERAL COUNT MONTHOLON / The Emperor's Companion In Exile AND TESTAMENTARY EXECUTOR.
Pozdrawiam!
_________________ "Czyń coś powinien, a będzie co może" Andrzej Niegolewski
...ufff...
Imc Panie Koroniarzu
Przepraszam, że tak zaczynam - o ile mnie pamięć nie zawodzi pisałam tu swego czasu co było w owej "...orszadzie..." tudzież ile wersji miał ten napitek. Znalazłam coś w rodzaju "...karty zleceń..." czyli tego co podawano Cesarzowi w ostatnich dniach Jego życia a co cytuje - jutro postaram się "...wepchnąć..." ten tekst na forum - autor ostatniej, nota bene zamieszczonej na łamach "Medecine et Armees" publikacji o przyczynach zgonu Cesarza.
Jeśli można kolokwialnie "...zdrowy by sie przekręcił..." tyle tam rozmaitości i co najważniejsze wchodzących ze sobą w interakcję.
Ja bym - zupełnie na "...zimno..." dodała jeszcze jedną możliwą przyczynę zgonu a mianowicie nawracające stany zapalne dróg moczowych i niewydolność nerek [np. choroba Napoleona w przededniu bitwy pod Borodino - typowe objawy dyzuryczne, no wręcz pierwszy "...kurs interny..." gwałtowna gorączka o torze trawiącym i etcetera] co mogło powodowac na skutek złej funkcji wydzielniczej kumulację w organiźmie nawet [podówczas] terapeutycznych dawek i arsenu i rtęci [trucizny właśnie "...kłębuszków nerkowych..." co bardziej pamiętam z "...sądówki..."].
Za "...gnioty..." Montholona zabierałam się chyba ze trzy razy i zupełnie mi to nie "...idzie...".
Pozdrowienia jak zawsze
Koroniarz bywalec I Régiment de chevau-légers (Polonais)
Dołączył: 17 Gru 2005 Posty: 1572
Wysłany: 2009-07-21, 16:10 Lazarety
Przeglądając książki z epoki znalazłem w wydanej w Paryżu w 1835 r. książce "O POWSTANIU" autorstwa Alexandra Jełowickiego oraz generała Chrzanowskiego taki oto fragment poświęcony lazaretom:
Cytat:
LAZARETY.
Lazarety w zwyczajnych wojnach pożerają przynajmniej dwa razy tyle ludzi co żelazo nieprzyjacielskie. W wojnie narodowej, ranny lub chory żołnierz, powinien w każdym domu być przyjęty jak syn domu, a lazarety zostawione dla ciężko rannych lub ciężką złożonych chorobą będą lepiej mogły być utrzymywane i śmiertelność dużo zmniejszoną zostanie; gdy przeciwnie u nieprzyjaciela zmuszonego zakładać lazarety w miastach gdzie ma garnizony te będą przepełnione. Przytem niespokojność umysłu mocno działająca na ludzi osłabionych, w czasie przewozu chorych jak w lazaretach, które mogą być często alarmowane dużo przyłoży się do powiększenia strat armii najeżdców.
Co do oddziałów partyzanckich, gdy te złożone będą z ludzi prawie jednej rodziny nie trzeba będzie przypominać ich dowódcom, że jedną z głównych powinności jest pieczołowitość o rannych. Wszelkiej zatem dołożą usilności żeby ci niewpadali w ręce nieprzyjacielowi, i żeby im pomoc lekarska udzieloną była, przytem zawczasu obmyślą miejsca bezpieczne do ich umieszczenia, a gdyby takich niebyło przynajmniej miejsca na ustroniu położone, gdzie u mieszkańców łatwiej przechowani być mogą przez czas swej słabości.
W tym kontekście trochę niezwykłej lektury dostarczają o pięć lat wcześniejsze "Domy i dwory" Łukasza Gołębiowskiego, który taką zalecaną domową medycynę opisuje:
Cytat:
Apteczka najdawniejszych to czasów zabytek, ugruntowany na tem, że właściciel był ojcem rodziny, domowników i kmiotków swoich, czuwał nad ich potrzebami i zdrowiem. Wszakże ta część gospodarstwa domowego była udziałem kobiet: pani. krewnych lub córek, albo poważnej ochmistrzyni. Lekarzy nie było, nie każde ich miejsce wreszcie posiadać mogło i może, a po ratunek udawano się do dwora: trzeba więc było mieć wszelkie zapasy. Nadto, znana jest gościnność Polaków i potrzeba przyjmowania tylu osób: to przybywających trafunkowo, to umyślnie, cząstkowo lub gromadnie w pewnych dniach, a zatem należało i do tego usposobić się, ażeby w chwili stanowczej nie brakowało niczego. Ztąd apteczki dwa rodzaje uważać wypada: dla zdrowia, i wygody lub przyjemności, czyli: pierwsze jako lekarstwa, drugie jako przysmaki.
Co do pierwszego : Syreniusza, Marcina z Urzędowa lub inny zielnik przed sobą mając, przewertowawszy go nie raz, umiejąc go prawie na pamięć, gdzie go nie było z przepisów, lub i z głowy bieglejsza od wiosny aż do późnej jesieni: to na alembiku pędziła wody, wódki, smażyła sadła, zbierała tłustości, robiła dryakwie, octy, suszyła kwiaty, liście, owoce, korzenie. Z królestwa zwierzęcego bywały wody i wódki: z piesków młodych, zajączków, królików, bocianów i t. d. alembik włożonych i wodą lub wódką nalanych, z roślin, od wonnej konwalii zacząwszy, i róży aż do bławatków, dzięglu, ruty, piołunu, ile ich tylko znać która mogła lub wyczytać, albo zasłyszeć od kogo. Nie zapominano tu wody marcowej, z śniegu stopionej, płeć piękną utrzymującej, lub chroniącej od piegów, pierwszej wody deszczowej, albo w czasie grzmotów i piorunów zebranej. Sadła i tłustości poczynając od ludzkiego (Tej nabywano pospolicie od katów) były psie, ze świń, gęsi, niedźwiedzi, borsuków, zajęcy, wilków i lisów. Dryakwie z wszelkich gadów: żab, węży, jaszczurek, śmielsze robiły w domu, albo sprowadzano weneckie. Octy nade wszystko: malinowe, konwaliowe, fiałkowe, porzeczkowe, berberysowe i t. p. być musiały koniecznie, i zioła wszelkiego rodzaju: to całkowicie suszone, to części ich jakie, którem jedynie przyznawano skutek. Dziewczęta dworskie i gromady, za nagrodą lub z rozkazu, i myśliwi dostarczali wszystkiego. Do apteczki przyjemnej i dla wygody tylko, należały wódki zakrawne, słodkie lub gorzkie, likwory, konfitury, soki, powidła, serki, pierniczki, makowniki, owoce suszone, marynowane, wszelkie marynaty, wszelkie wety, lub co przekąską zwano, gomółki, krajanki i t. p. Jakiejże to biegłości potrzeba było, ażeby to wszystko umieć, wszystko zrobić, wszystkiemu podołać. Matka uczyła córki, uczono się z książek, od sąsiadek, już umiejąca szła dopiero za mąż, przyzywała wreszcie zdolną osobę, ceniąc ją i nagradzając. Taką była w domu XX. Lubeckich Marszałkowstwa pińskich za mojej młodości, ochmistrzyni domu P. Pawłowska. Sklep pod kaplicą zaledwie mógł objąć te wszystkie zapasy, jak najlepiej uporządkowane, poznaczone, w butlach, słojach, workach, woreczkach, na mnogich pułkach, albo cale od wierzchu do spodu okrywając ściany. U mniej dostatnich, nie tak liczne mających włości, szafka jedna lub druga mieściły wszystko. Czy każda rzecz z tych leków pomogła zawsze, nie do nas śledzić należy; wszakże troskliwość ta o zdrowie poddanych i domowników, zaszczyt przynosiła sercu.
Po takiej lekturze nie mam wątpliwości dlaczego "Lazarety w zwyczajnych wojnach pożerają przynajmniej dwa razy tyle ludzi co żelazo nieprzyjacielskie."
Z tego co pamiętam szerszy opis medycyny polowej w okresie powstań był autorstwa Szwajcara, który opisał ją w raporcie dla własnego rządu. Pani Mario, czy pamięta Pani może nazwisko i tytuł?
Pozdrawiam!
_________________ "Czyń coś powinien, a będzie co może" Andrzej Niegolewski
Imć Panie Koroniarzu.
Co do Powstania Listopadowego, to bezpośrednio ze Szwajcarii medyków w nim uczestniczących nie było. Raport, który ukazał się później w tym kraju, w kantonach francuskojęzycznych, ale i w Zurychu to kopia raportu napisanego przez Pierre Francois Malgaigne, a wydał On swój tekst po „...polowaniu...” jakie na Paula Fitzsimmonsa Eve (Eve był świetnym chirurgiem, wychowanym w Stanach Zjednoczonych, który spieszył nie tylko z pomocą rannym, ale również niczym „Skórzana Pończocha” prowadził niedobitki przez lasy w okolicach Brodnicy i równie biegle władał skalpelem jak tomahawkiem, więc Rosjanie, a później i Prusacy – no chyba pamiętamy „...przyjęcie...” w Elblągu – mieli nie lada przeciwnika) urządzili Prusacy. Nosił ów tekst tytuł „Coup d’oeil sur la medecine et la chirurgie en Pologne pendant la deniere revolution” i ukazał się pierwszy raz w Paryżu w 1832 roku w „Gazette Medicale” (i wszystko na to wskazuje, że muszę ten tekst przywieźć na CD jak pojadę w październiku do Paryża).
Nasz Malgaigne przyjechał do Warszawy z całym ambulansem wyekwipowanym na Val – de – Grace (w sumie 10 ludzi i farmaceuta: wśród chirurgów byli m.in. Roussel, Guillard, Chenouard, Benoit, Bernatt – miał na imię Henri i również zostawił po sobie szczegółowy raport, ale bardziej pod kątem pracy chirurgicznej, a los go zagonił pod Ostrołękę, za co otrzymał Virtuti Militari – Laboulaie, Jonard, Ancillon – ten dla odmiany o mało, co nie zginął na Woli, jego asystentem był student o nazwisku Chabrier – i Louigny, zaś farmaceutą: Battin). Większość, wraz z „...chirurgien en chef...” pracowała w szpitalu „...na Ordynackiem dla amputowanych i ciężko chorych...”.
Po niemiecku pisał Augustyn Abbeg, którego delegował do Warszawy, również sowicie wyposażając znany chirurg Diffenbach, zaś ów raport poprzedza Jego list a tam życzenia dla Polaków „...Möge Gott den Heldemuth den Polen lohnen...”.
Jeśli chodzi o Powstanie Styczniowe, no to – przyznaję się, że zapomniałam nazwiska. Powstał raport szwajcarski, zaś jego twórca - lekarz (był też raport inżyniera z Zurychu z tamtejszej Szkoły Politechnicznej) pracował z Polakiem Dr. Niedzwiedzkim (ten napisał dla odmiany bardzo szczegółowe doniesienie dla „Wierne Medizinal-Halle” i dla krakowskiej „Chwili” w 1864 roku). Ale sprawdzę i uzupełnię.
A Francuzi również pisali. Bardzo ciekawe są notatki Urbaine Lustremanna, który jechał wówczas „...warszawsko - petersburską drogą żelazną...” i z powodu akcji dywersyjnej (A TAK, TAK) i zniszczonego toru utknął gdzieś na wysokości Czyżewa, w każdym razie Jego działania wspomina Polikarp Girsztowt twórca doskonale zakonspirowanej sieci szpitali i miejsc pomocy dla rannych powstańców.
A teraz może nie mniej naukowo, ale mniej poważnie. Z takim „...arcydziełem...” jak rzeczony Górnicki polemizował Dziarkowski w Swojej książeczce „Wybor roślin kraiowych dla okazania skutków lekarskich ku użytkowi domowemu wydany w Warszawie 1806 w Drukarni Xieży Piarów” gdzie szereg rad wprost pasuje do współczesnej gazety o zdrowiu – przykładem służę: „...w iakiejkolwiekm słabości wstrzymanie się od potraw do strawienai trudnych i od używania trunków zapalających iest pierwszą a nieodbici potrzebną w leczeniu zasadą...”. To samo dotyczy „...powietrza odświeżania...” i „...och ędostwa...” w tym „...koszuli odmieniania...” – bynajmniej nie raz na rok, ale „...w potach co dnia dobrze wygrzaną...”. Sam Pan chyba wie Imć Panie Koroniarzu jakie „...arcydzieła...” typu „Urynoterapia dla każdego” lub „Leczenie dotykiem” (w tym i zapalenia wyrostka robaczkowego) można znaleźć w księgarniach
No i teraz to co zawsze - Imć Panie Koroniarzu jesteś Pan "...bywały w świecie...". Jakże mi się chce o tym mówić nie tylko pisać tu na forum.
Pokazać instrumenty, ksążki rózne ciekawe rzeczy.
Jak zawsze czekam na propozycję.
Pozdrowienia.
Jeszcze mały dodatek.
To właśnie takie "Kalendarze półstuletnie polskie i ruskie" skłoniły Gudeita do szybkiej adaptacji w Księstwie Warszawskim znanej w Prusach, Austrii i Francji "Pharmacopaea Extemporanea" by przynajmniej lekarz wojskowy ordynował coś na przyzwoitym poziomie a nie owe "...tłustości od pochodni..." (to za Haurem - był to właśnie taki almanach, który - proszę mi wierzyć - krążył w odpisach jeszcze w latach 60-tych XX wieku m.in. uzdrawiające działanie huby i torfu po części swe korzenie ma tam właśnie). Sama widziałam - "Leczenie ojców" przepisane na maszynie przez kalkę - i włos mi się jeżył.
Ale to są właśnie "...smaczki, smaczków...".
Zna Pan pewnie monografię "W salonie i w kuchni" - również ciekawy przyczynek do farmacji domowej.
Pozdrowienia
"uzdrawiające działanie huby i torfu po części swe korzenie ma tam właśnie). " - Zabrzmiało to szyderczo...
Wtrącę się tu co nieco.
Huba ma silne właściwości tamujące krwotok.
Torf, cóż, ma wiele mikroelementów, woski, tłuszcze, i akie tam. Swojego czasu był artykuł o człowieku z Gdańska, co żywił się tylko torfem, a pił jedynie sok z trawy. Na Balkonie miał wielką beczkę torfu, a trawę sam zbierał i mielił w maszynce do mięsa. Pił, jadł to, i żył.
Czcigodny Remiku
Oczywiście, że ma - ale nie wolno pisać, a tym bardziej publikować tekstów (pomijam juz że są te publikacje niejednokrotnie będące kompilacjami, bez podania źródła oryginału) iż jest to cudowne panaceum, a juz tym bardziej podczas takich pseudokuracji polecać rezygnacji z leczenia współczesnego. To jest jednak przestępstwo.
Huba - jako substancja właśnie używana do tamowania krwawień była znana od średniowiecza, w interesującym nas okresie rozróżniano ścisły podział na: - tu za Czerwiakowskim
- hubę dębową (zawiera garbniki podobne jak galasówki)
- hubę brzozową (delikatną specjalnie była przed użytkiem preparowana najczęściej przez bicie i moczenie w ługu)
Posługiwano się - i tu również używano określenia huba (a częściej hubka) rdzenia z bzu czarnego, który był nasycany azotanem srebra [lapis infernalis] lub siarczanem miedzi [lapis divinus] jako gąbek do tamowania powierzchniowych krwawień - pisałam juz o tym m.in. opisując prototyp opatrunku osobistego wymyślonego przez Lafontaine'a.
Co do torfu - powiem to samo: jako substancja był znany (próchno topolowe i zarodki widłaka również) jako środek absorbujący szczególnie ropę.
I znów to czym rozpoczęłam - tego nikt nie neguje, lecz nie można bezkrytycznie przyjmować pewnych sloganów, obiecywać chorym - a niestety w jakich to schorzeniach najczęściej propaguje się takie cudowne lekarstwa - wyleczenia.
To jest własnie złe, nie fitoterapia czy szerzej terapia surowcami naturalnymi (nie podejmuję się nawet próbować zgłębiać tej wiedzy, bo są to wieloletnie studia biologiczne, farmaceutyczne i kulturoznawcze).
Co do możliwości przeżycia w warunkach ekstremalnych - są dowody potwierdzone ścisłymi badaniami, ale znów czy wszystko zawsze można przenieść w tzw. życie potoczne.
Pozdrowienia
Koroniarz bywalec I Régiment de chevau-légers (Polonais)
Dołączył: 17 Gru 2005 Posty: 1572
Wysłany: 2009-07-27, 10:23
Maria J. Turos napisał/a:
Jak zawsze czekam na propozycję.
Pani Mario! Pamiętam o sprawie. Niestety osoba, o której rozmawiałem jest obecnie za granicą i nie mam z nią kontaktu. Odezwę się ponownie po powrocie.
_________________ "Czyń coś powinien, a będzie co może" Andrzej Niegolewski
Drogi Pedro.
Jak zawsze z przyjemnością oglądam takie kolekcje - choć nie powiem, niezbyt dokładnie datowane vide śliczny, acz mocno zużyty (musiał byc wypalany w ogniu, ale to była często jedyna metoda oczyszczenia) "...tire-balle..." do usuwania kul (i nie tylko) którego konstruktorem był Percy (ostatnie dwa lata XVIII wieku - 1797/99) tu powędrował w wiek XVI - owszem były wówczas znane sondy o podobnie zdobionych główkach, często w formie rączki (tylko spiralny wzór różnicuje od jadów - czyli rączek używanych przez ortodoksyjnych Żydów przy lekturze Biblii aby nie dotykać palcami tekstu). Piłka z przekładnią - okres wojny krymskiej również doskonale zachowana.
Serdecznie raz jeszcze dziękuję.
A Cny Panie Koroniarzu
Wiadomo "...kanikuła...", ale ja ze swej strony jak zawsze jestem otwarta na takie propozycje o ile wiem o nich trochę wcześniej.
Pozdrowienia
Dołączył: 20 Maj 2006 Posty: 185 Skąd: majątek Grabów
Wysłany: 2009-09-01, 14:12
Ciekawostka:
Zabiegając o rozwój rodzimego przemysłu, rząd Królestwa Polskiego spowodował(przed 1830 r.) rozpoczęcie w Kraju produkcji narzędzi chirurgicznych na potrzeby lazaretów wojskowych.
Podobnież nie ustępowały jakością zagranicznym!
W. Tokarz, Armia Królestwa Polskiego 1815-30, s. 135.
_________________ Kto miał zaszczyt służyć Napoleonowi, temu wolno służyć tylko Panu Bogu przy Mszy świętej.
-gen. J.Kossakowski
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Nie możesz ściągać załączników na tym forum