Wysłany: 2009-12-03, 11:53 Rozważania z wysokości siodła, czyli dylematy kawalerii
Temat służy do polemiki o dawnej jeździe na polu walki ze współczesnością. Będzie tu wszystko to co nie podpada pod obozowanie czy walkę pieszego z jezdnym. Mam nadzieję, że wynikiem będzie głębokie zrozumienie, problemów, możliwości i ograniczeń konnicy.
_________________ Do wszystkich kobiet mów tak, jakbyś je kochał, a do wszystkich mężczyzn tak, jakby cię nudzili.
Oscar Wilde.
Każda rekonstrukcja kosztuje, ma swoje wady i zalety, jednak nie można wszystkiego zwalać na organizatora. Jak ktoś postanowił rekonstruować kawalerię, to powinien się liczyć z trudnościami, które czasem są znaczne. Zawsze trzeba liczyć na siebie i być samowystarczalnym.
Cny Remiku.
Po pierwsze: gdybyśmy mieli sami sobie własnym sumptem utrzymywać konie, to w przypadku większej ilości koni przyjechalibyśmy (mówię tu o 7. Lansjerów) w dwa samochody- jeden z końmi, drugi ze słomą, paszą i zbiornikiem wody. Pracujący koń dziennie zjada kostkę siana, ok. sześć litrów owsa i wypija dwa- trzy wiadra wody. Tylko ile by to kosztowało? Rozumiesz, że rzeczone samochody nie jeżdżą na powietrze i pochlebstwa...?
Po drugie: niezależnie od wszystkiego zawsze na koniowozie mamy rezerwę siana i owsa. Nigdy nic nie wiadomo. Na Raszynie 2009 na przykład karmiliśmy konie naszym sianem, a wodę uzyskaliśmy z pobliskiego PGR-a. Nie wydaje mi się, by inne formacje miały podobne problemy.
Po trzecie: nie uwierzę, że jadąc na imprezę zabierasz ze sobą prowiant, drewno na opał, siano do spania i wodę. I nie korzystasz z prysznica. Więc proszę, nie wytykajmy sobie samowystarczalności.
_________________ Do wszystkich kobiet mów tak, jakbyś je kochał, a do wszystkich mężczyzn tak, jakby cię nudzili.
Oscar Wilde.
Każda rekonstrukcja kosztuje, ma swoje wady i zalety, jednak nie można wszystkiego zwalać na organizatora. Jak ktoś postanowił rekonstruować kawalerię, to powinien się liczyć z trudnościami, które czasem są znaczne. Zawsze trzeba liczyć na siebie i być samowystarczalnym.
Gdybym zrekonstruował jednostki obserwacyjne- baloniarzy, to czy mam prawo wymagać od organizatora, by załatwił zamknięcie kilku kilometrów przestrzeni powietrznej na czas rekonstrukcji, bo będę startował balonem?
Na wstępie proszę tylko o jedno - żebyś nie traktował mojej odpowiedzi jako ataku, czy wywyższania się, niestety internet ma to do siebie, że jest mało, że tak powiem pozawerbalny co powoduje czasami niezrozumienie intencji autora piszącego posty i często małe przytyki czy wręcz niewinne żarty traktowane są jako atak. Po tym wstępie napiszę dlaczego się z Tobą nie zgadzam.
KOŃ to nie jest kawałek gumy czy materiału z przyczepionym do niego koszem. To jest czujące zwierzę, przyjaciel, a dla niektórych (np dla mnie) wręcz członek rodziny i każdy prawdziwy koniarz mi na pewno w tym miejscu przytaknie.
W związku z powyższym dobro tego zwierzęcia, które w 100% zależy ode mnie. leży mi baaaaardzo na sercu! Jeżeli wejdziesz do porządnej stajni to zobaczysz ile czasu ludzie kochający te szlachetne zwierzęta poświęcają na ich pielęgnacje i ogólny dobrostan. Uwierz mi naprawdę nie wybaczyłbym sobie gdyby rano na biwaku okazało się że że mój koń np ma zerwane ścięgno lub nie daj Boże coś gorszego (chociaż już kontuzja ścięgna jest tak naprawdę końcem kariery wierzchowca). Niestety ludzie, którzy nie jeżdżą nie są w stanie tego zrozumieć i nie jest to zarzut, po prostu tak jest. Dlatego dla mnie zapewnienie bezpieczeństwa dla mojego rumaka to sprawa pierwszoplanowa. Inną sprawą jest sam transport - konie muszą czasami kilka godzin spędzić w koniowozie stojąc i łapiąc równowagę - później wyprowadzasz takiego spoconego i zestresowanego zwierzaka i naprawdę nie ma szans żeby w tym dniu żądać od niego pracy pod siodłem. Ok, zawsze można dostać konie wypożyczone na jakąś bitwę czy pokaz i Wy naprawdę tego nie widzicie, ale każdy kto ma choć trochę wspólnego z hippiką od razu zauważy w jak często podłej kondycji są te wierzchowce, jak mają rozczyszczone kopyta (a raczej jak nie mają od miesięcy nic robione z kopytami), jakie rany od zardzewiałych wędzideł mają w kątach pyska, jakie czasami są po prostu chude i niedożywione. My mieniący się prawdziwymi kawalerzystami (czy po prostu jeźdżcami) TO widzimy i dlatego możecie czasami na nie rozumieć. Mam nadzieję, że po tym dość przydługim wywodzie nikt się nie obrazi, a każdy kto jeździ na szaro, kolorowo, czy zielono jako główną myśl powinien mieć dobro naszych koni, a nie czy obergurt miał 10 czy 15 cm szerokości!
Pozdrawiam
Prusak, a propos obozów odpowiem Ci w tym temacie.
Po pierwsze: jeśli byłeś na zachodzie czy wschodzie, to na pewno widziałeś, jak wyglądają tam obozy. Są tam wszystkie rodzaje wojsk, ale jazda jest zawsze trochę oddalona od reszty formacji, bądź ma własny obóz. Chodzi o dwie podstawowe rzeczy: zapewnienie spokoju koniom i bezpieczeństwo. Patrząc na takie obozy zauważyłem, że jazda ma zawsze zagwarantowaną paszę, wodę, miejsca do wiązania koni bądź materiał do zrobienia koniowiązów- wszystko to zapewnia organizator. W Polsce widziałem konie na niektórych obozach, ale zazwyczaj jest ich mało. Jeszcze rzadziej można zobaczyć imprezy, na których jest należycie przygotowane miejsce na obóz jazdy, ale się takowe trafiają np. Liw, gdzie konie stały przez tydzień i miały wszystko zapewnione (wielki ukłon dla dyrektora Muzeum Zbrojowni w Liwiu). Często jednak coś jest nie do końca zrobione: jeśli konie mają miejsca do stania, to są one za blisko reszty i są niepokojone przez całą noc tak przez pijaną piechotę, jak i pijanych pseudo ułanów. Do tego dochodzi zabieranie przez piechotę siana (biorą do sienników), a ono jest przeznaczone na jedzenie dla koni. Tak samo ma się sprawa wody. Tu znowuż jest jej ciągły niedostatek, bądź utrudniony do niej dostęp. Chcę też powiedzieć, że wielkim problemem na takich obozach są pseudo ułani. Sam widziałem, jak potrafią w basenach strażackich, przystosowanych do pojenia koni, wykąpać się, chłodzić nogi i butelki. Ci delikwenci to jeszcze inna bajka. Często, żeby było fajnie to właśnie oni są odpowiedzialni za dobór i rozliczenia kawalerii, stąd moje pytanie otwartym tekstem na tym forum: czy są zwroty za przewóz koni na ostatnią imprezę w Raszynie. Wystarczyło powiedzieć- tak albo nie. Jest kasa- super, nie ma- trudno. Jeśli będziemy mogli być, będziemy. Czy ta kasa jest, czy jej niema. Pytanie było zadane też po to, by nie było potem głupiego tłumaczenia się przed nami, że tamci dostali, bo byli na jakieś liście albo że taki koordynator nie wiedział czy my będziemy z końmi czy bez nich. Wystarczy sprawdzić listę zgłoszeń, by wiedzieć jakie ma się odziały na imprezie i czy to jest piechota, artyleria lub kawaleria. Tam też jest jakiś kontakt do szefa grupy i wystarczy po prostu się jego w odpowiednim momencie zapytać, czy jadą z końmi czy bez. Są grupy rekonstruujące kawalerię, które posiadają własne konie. Podobnych problemów jest cała masa. Dlatego też, próbując je ograniczyć w Radzyminie powstał ośrodek szkoleniowy dla grup rekonstrukcyjnych. Znajduje się on na terenie stajni „Dragon”, gdzie 22 hektary łąk, prawie 7 hektarów ogrodzonych padoków, do tego duże okoliczne lasy rzeczka i stawy stwarzają niepowtarzalne miejsce do szkolenia i integrowania się grup. Dodatkowo stajnia jest prowadzona przez firmę pirotechniczną, która jest w stanie zapewnić wszelkie środki do pozoracji pola walki. Tu szkoli się 7. lansjerów, a od niedawna zaczęli też uczyć się jeździć szwoleżerowie gwardii. Dlatego jest szansa, żeby kawaleria pojawiła się na obozach historycznych. Każdy lansjer, szwoleżer czy nawet markietanki z tych formacji, uczą się co mają robić z końmi na takich obozach, rajdach czy przemarszach. Zapraszamy również i piechotę- może ona tu szkolić się w musztrze, taktyce, bytowaniu jak i we współpracy z kawalerią. Jest to wymarzone miejsce na kilkudniowe manewry. W marcu robią manewry grupy odtwarzające okres wojny z 1920 r. W Radzyminie miała również miejsce co prawda mała, ale zwycięska bitwa (w 1809 r. pobito tu Austriaków).
Dzięki Senator. Krótko mówiąc sprawa jest do realizacji-ale kosztuje to dużo wysiłku.Faktycznie obozy kawalerii z reguły są nieco z boku.Myślę że warto aby Wasze uwagi docierały do organizatorów imprez-może warto stworzyć coś w rodzaju wspólnego pisma z wyuszczonymi kwestiami tak ważnymi dla kawalerzystów.Tego typu pismo,zatwierdzone przez Wasze grupy mogłoby być za każdym razme podsyłane do organizatora imprezy-i wtedy sprawa jasna-co jest w stanie zapewnić a czego nie.To taka lużna propozycja.
_________________ Infanterie Regiment No 52,1 Westpreussische Infantrie Regiment,Freikorps von Krockow,Royal Marines Infantry.
W Radzyminie miała również miejsce co prawda mała, ale zwycięska bitwa (w 1809 r. pobito tu Austriaków).
.
Wcale nie taka mała, bo by się tam gen.Sokolnicki nie awanturował. Jakoś wojna 1809 na praskim brzegu Wisły została zupełnie zapomniana, a to właśnie - z racji na przyzwoity trakt i obejście niemiłych bagienek na wysokości Zielonki i (dzisiejszego) Wolomina było miejsce bardzo newralgiczne. Po przejściu - 20/21 kwietnia - wojsk Księstwa z Warszawy na praski brzeg utarczki i wcale spore bitwy były codziennie aż do 2/3 maja. To był Grochów, (dzisiejszy) Tarchomin później (pole dla kawalerii) pogoń za dużą grupą patrolową co "...wyrwała..." aż prawie pod brzeg Narwi w Serocku, dalej Radzymin, zaś na południe od Grochowa (czyli dzisiejsza Radość i Świder) spychanie Austriaków znad tej granicznej rzeczki w stronę Wisły. Major Hornowski miał co robić, a jak (chyba już o tym wspominałam - bywało, że mu rekruci, którzy z racji na "...nieostrzelanie..." nie dostali nabojów "...od pludrów..." przyniesli popędziwszy Austriaków przez zarośla na bagnety). Zdaje mi się, że "Wojna 1809" - zawsze zapomnę Autora chyba Pawłowski - wydana w reprincie winna być w bieżącym roku lekturą "...do poduszki...", a w "Jagiellonce" jest "Dziennik" Sokolnickiego gdzie mamy dzień po dniu. Strzelcy konni "...na zwiady..." zapuszczali się za Siedlce, aż do Kocka.
elmijakke napisał/a:
Ok, zawsze można dostać konie wypożyczone na jakąś bitwę czy pokaz i Wy naprawdę tego nie widzicie, ale każdy kto ma choć trochę wspólnego z hippiką od razu zauważy w jak często podłej kondycji są te wierzchowce, jak mają rozczyszczone kopyta (a raczej jak nie mają od miesięcy nic robione z kopytami), jakie rany od zardzewiałych wędzideł mają w kątach pyska, jakie czasami są po prostu chude i niedożywione.
Dzięki CI za te słowa. Sama mam konie, już mi czyniono zarzuty, że ich nie dałam do defilady, ale nie umiałabym sobie darować gdyby coś się im stało (czasem mam ochotę napisać IM - tak z dużej litery) bo wiem co obydwa przeżyły właśnie przez ludzką bezmyślność. I jeśli coś niemile wspominam z Iławy Pruskiej to właśnie zmaltretowane wierzchowce. Potwornie czasem ranione przez samych jeźdzców - bo i takowych mamy.
...a co do miłych wspomnień - poza oczywiście "Bandziorem", który permanentnie po czyszczeniu kopyt włazi mi na nogę. W Jabłonnie w maju 2007 roku jeden z wierzchowców tak upodobał sobie namiot medyka, iż w nocy najpierw podjadał mi "...sypialnię...", a rano już było "...na całego..." i wsadziwszy łeb zjadł razowiec. Sympatyczne - prawda.
...ale w tejże samej Jabłonnie usłyszałam parę niemiłych słów właśnie gdy zwróciłam uwagę, że woda jest nie tylko dla nas ale i dla koni i w związku z tym nie można myć się tam gdzie "...się chce...". Drobiazg, ale o czymś świadczy.
Pozdrowienia
Moje obserwacje póki są takie: kawaleria jest traktowana często po macoszemu, a kawaleria to nie tylko ludzie, ale przede wszystkim konie. Konie to nie karabiny i armaty. Zwierzaki są dzielne, znoszą trudy podróży w koniowozie, a więc tym bardziej z naszej strony- ludzi (organizatorów!) należy im zapewnić komfortowe warunki pobytu na imprezie na miarę możliwości, jakie stwarza okolica, wodę i paszę. To wiadomo. Wiem, że to już zostało właściwie omówione, ale jako markietanka, a nie mundurowy lansjer też mam coś do powiedzenia. Zostaję najczęściej i krążę przy koniach, kiedy moi szykują się do parady/ pokazu, pomagam im, jak tylko umiem i mogę. By konie, wystarczająco czasem zdezorientowane- uspokoić i pomóc przy ich czyszczeniu/ siodłaniu, ale i mieć oko na ludzi- widzów, którzy ciekawi koni potrafią zapomnieć, że jednym zniecierpliwionym kopniakiem uroczy "konik" może zadać poważne obrażenia, a nawet- zabić. Piszę o tym, by zaznaczyć również ze swojej strony, jak ważna jest właśnie organizacja, o której koledzy wyżej mówili. Na jednym z wyjazdów zdarzyła się nieprzyjemna sytuacja- jedna z naszych klaczy poraniła sobie pysk. Miejscowy weterynarz udzielił jej natychmiast profesjonalnej pomocy (czyż nie powinno być oczywiste zabezpieczenie weterynaryjne przy każdej imprezie z udziałem koni...? Powinno być i skandalem (!) jest brak zapewnienia jej przez organizatorów), ale klacz tego dnia musiała zostać w obozie. Czuwałam przy niej do późnego wieczora, kiedy wszystkie konie zostały ulokowane w przydzielonej nam stajni. Takie sytuacje się zdarzają. I w takim przypadku błogosławieństwem było umiejscowienie naszego "obozu". Klacz stała sobie wśród drzew, miała sianko i trawkę w zasięgu pyska, moją głaszczącą rękę i zarazem "oko" na wszystko wokół. Sądzę, że obecność kawalerii na imprezie w planach organizatorów powinna opierać się na tych najważniejszych sprawach: wydzielone odpowiednie miejsce dla koni, zapewniające bezpieczeństwo zarówno zwierzętom, jak i publiczności oraz bezwzględna obecność weterynarza. Dalej, wiadomo- kwestie możliwości napojenia koni, siana czy noclegu są już zależne od formy imprezy, czy jest to "jednodniówka" czy dłuższy wyjazd.
...a w Raszynie w bieżącym roku pokaleczył pęcinę. Nie do szycia, ale opatrzyłam - trochę z duszą na ramieniu, bo konie źle reagują na "...ludzkie..." antyseptyki, które trochę szczypią. A tu nic stała, nogę nawet podała - bo to była klacz - ale właśnie...
małgosia d. napisał/a:
czyż nie powinno być oczywiste zabezpieczenie weterynaryjne przy każdej imprezie z udziałem koni...? Powinno być i skandalem (!) jest brak zapewnienia jej przez organizatorów),
...o tym się totalnie nie myśli - a szkoda. Te zwierzaki są naprawdę wdzięczne...
...i pamiętliwe
Pozdrowienia
...to jest prawda, którą na szczęście bez "...efektów specjalnych..." miałam przyjemność doswiadczyć. Otóż mój "Bandzior" (aktualnie mam pięknie siny duży palec u lewej nogi - było "...pedicure...") miał w swoim końskim życiu panią lub pana (wstyd mi za tych ludzi) którzy odpowiednio go traktowali zakładając sztruksowe spodnie i to w miarę nowe lub prane w jakimś (?) proszku. Gdy "Bandzior" stał się z "...konia rzeźnego..." moim "Bandziorem" była jesień więc chodziłam w sukiennych, zimą też, na wiosnę zakładam jakieś sztruksowe portki, no i się zaczęło...
...były stulone uszy, wierzganina, o mało co mnie nie kopnął, o założeniu ogłowia nie ma co marzyć, nawet się wyszczerzył bardzo brzydko...
...zmieniłam ubranie i moje "Bandziorzysko" jak to się mówi "...do rany przyłóż...", zaraz był łeb na ramię, później to chwytanie i szczypanie - pełne karesy.
...i zakonnica (bo "Bandzior" był w Laskach) powiedziała mi, że "...musiał zapamiętać...".
Tak, coś złego, ból, głód...traktowanie jako zabawka czy może źródło dochodu...
...chce się tu przypomnieć cytowaną i przez Zamoyskiego i przez Austena (a namalowaną na fragmencie panoramy "Berezyna" przez W. Kossaka) historię o kirasjerze czy też strzelcu konnym (tak przedstawia W. Kossak) który widząc, że jego ulubiony koń pada i nie może już wstać kładzie się przy nim, a na pytania towarzyszy odpowiada - zostaniemy tu razem!.
Podobne zdarzenie przeżył Segur w Czarnowie - płakał widząc, że jego ranny koń próbuje za nim iść (konia dobili koledzy oficerowie, gdyz sam nie był w stanie - cytat u A. Pigearda w "La Grande Armee").
Uważam, że rekonstrukcja historyczna, szczególnie formacji kawaleryjskich jest najbardzie "...pro eko..." ze wszystkich wyrastających jak grzyby po deszczu ekologicznych, a prędzej ekomaniackich tworów. Mimo tego, że na konia się wsiada, że ma się trzcinkę, że się go zmusza do galopu, skoków czy odwrotnie marszu w szeregu.
Ale "...koń to jest koń..." - przyjaciel, opiekun (przeżyłam burzę w Puszczy Kampinoskiej - w Warszawie jej skutkiem była awaria zasilania elektrycznego ną dużym obszarze, więc można sobie wyobrazić jaki był wicher i jak waliły pioruny a tam; pod wydmą, z "Bandziorem" na wodzach było mi po prostu raźno, choć woda chlupała w butach, on się wzdragał, ja też - było nam dobrze)...
...nasz - jak pieknie powiedział "...poveretto..." (Św. Franciszek z Asyżu) "...nasz brat mniejszy...".
Ale o wielkim sercu...
Pozdrowienia
Wiek: 48 Dołączył: 02 Lut 2007 Posty: 172 Skąd: Warszawa
Wysłany: 2009-12-09, 00:04
Moja malzonka takze ma konia "po przejsciach"
Odkupiony od ludzi, ktorzy przejeli go za jakies dlugi czy cos w tym stylu. Ci ludzie to doswiadczeni instruktorzy. przejeli konia kiedy mial 4 lata i przez nastepne dwa lata ciezko pracowali, zeby ten kon zapomnial o krzywdach wyrzadzonych mu przez pierwszego wlasciciela. Teraz kon ma 10 lat, jest spokojny i zrownowazony, choc czasem krew bezposredniego przodka powoduje, ze trudno go powstrzymac od checi galopad, skokow itp (przodkiem byl polski kon olimpijski w WKKW) Wszystko to jest jednak w tym koniu normalne, do opanowania i cenione.
Jest jedno ALE...otoz do konia nie podejdzie sie z palcatem, biczem czy czyms w tym stylu. Dostaje szalu...
Widac pierwszy wlasciciel batogiem jeno chcial go nauczac dyscypliny.
Ot ludzie....Dla swojej wygody sa gotowi na wszystko przy uzyciu najbardziej okrutnych metod.
Ktos madry powiedzial kiedys: "ludzkosc jest rakiem, ktory toczy ta planete"
- podczas innej dwóch moich Kolegów zostało przy mnie przewróconych a właściwie wystrzelonych na kilka metrów przez szarżującego jeźdźca, który nie uznał za stosowne ominąć naszej linii, co ważne szarżował zza nas jako nasza kawaleria, skończyło się na potłuczeniach ale mogło gorzej
- na tegorocznym Austerlitz jeden z kawalerzystów uznał za stosowne jeździć wokół czworoboku na tyle blisko żeby końskim zadem przepychać piechurów, zrobił to z premedytacją i spowodował kontuzję ramienia u jednego z moich Kolegów
- na jednym z pokazów kawalerzysta demonstrując potęgę koni zdecydował się wjeżdżać w publiczność
'
Jest to fragment większej wypowiedzi i w dodatku na inny temat, ale powyższe fragmenty chciałbym omówić właśnie tutaj. w "Rozważaniach". Z góry zastrzegam, że nie jest to żadne wrogie działanie z mojej strony. Sam zakładałem ów topik i pamiętam, jak brzmi jego podtytuł. Zastrzegam też, że nie byłem przy żadnym z cytowanych wypadków. W związku z tym mogę oczywiście błędnie je interpretować. Wtedy proszę potraktować moją wypowiedź jako hipotetyczne rozważania.
Pragnę zwrócić uwagę na sformułowania: "nie uznał za stosowne" lub "zdecydował".
Mówi się jasno- " za konia odpowiada jeździec", niestety w pewnych wypadkach nie jest to takie proste. Patrząc z boku łatwo powiedzieć "zdecydował". Nie bierze się pod uwagę, że koń się np. poślizgnął lub potknął i przez to zmienił kierunek o parę metrów. Albo czegoś się przeraził i nagle odskoczył w bok. Przestraszony koń reaguje instynktownymi odruchami, nad którymi nie zawsze uda się zapanować. Jest to równie groźne dla otoczenia jak i dla niego. Siedząc na znajomym koniu mogę przewidzieć jego zachowania- chociaż nigdy do końca, można się zdziwić- natomiast ze zwierzakiem, którego dostaje się tuż przed bitwą to kompletna loteria.
Czasami najwyższe umiejętności nie wystarczają, by zapanować nad rozszalałym zwierzęciem. Właśnie: zwierzęciem- to nie pluszowy "pony"- które potrafi być śmiertelnie niebezpieczne.
Nie proszę tu o wyrozumiałość, nikogo nie tłumaczę i nie staram wybielić.
Podsumowanie mojego wywodu: jeżeli na polu jest jazda, czy zaprzęg, powinniśmy wszyscy mieć się na baczności i najlepiej mieć oczy dookoła głowy.
_________________ Do wszystkich kobiet mów tak, jakbyś je kochał, a do wszystkich mężczyzn tak, jakby cię nudzili.
Oscar Wilde.
niepij napisał/a
- na tegorocznym Austerlitz jeden z kawalerzystów uznał za stosowne jeździć wokół czworoboku na tyle blisko żeby końskim zadem przepychać piechurów, zrobił to z premedytacją
Szanowny Panie Niepiju
- a tu proszę o potwierdzenie lepszych "...koniarzy..." niż jestem sama -
Koń który idzie "...bokiem..." (oj jak to ładnie opisał Imc Pan Fredro "...kołomyjka...") czegoś się właśnie spłoszył. Okrzyków albo podniesienia czegoś do góry np. karabinów, albo co gorsza barwnego sztandaru (konie kawaleryjskie szczególnie dla wyższych oficerów - tu artykuł w "Koń Polski" z 1969 roku, ale temat był później rozwijany - w "...notre epoque favori..." były specjalnie tresowane, machano im przed łbami różnymi płachtami, rzucano na nie worki lub dywany - aktualnie, "...na dniach..." ukaże się we Francji pozycja książkowa poświęcona tej tematyce, widziałam już zapowiedź, sprawdzę podam "...namiary..." - brak takiego "...ułożenia..." wierzchowca kosztował niejedno życie ludzkie w tym Gen. Sokolnickiego ) i wystarczyło by przestał reagować na wodze. Moje drugie "...kochane zwierzę..." czyli "Pusia" (ponoć łagodności same bo krzyżówka z fiordingiem) zrzuciła mnie po banale: wiatr zerwał kawałek folii z remontowanego budynku i wystarczyło, by zobaczywszy takie niebieskie "...coś..." nad sobą zaczęła szaleć, a było to na podwórzu, które doskonale zna.
Harry Angel napisał/a:
Podsumowanie mojego wywodu: jeżeli na polu jest jazda, czy zaprzęg, powinniśmy wszyscy mieć się na baczności i najlepiej mieć oczy dookoła głowy.
.
Tak, a poza tym "...wyłazi..." brak obycia ze zwierzętami, które również leży u podstaw bezpieczeństwa. Stąd cieszy mnie inicjatywa Senatora - miejsce gdzie można popatrzeć, zrozumieć, dotknąć - w interesie najlepiej interpretowanego bezpieczeństwa nas wszystkich...
...pozdrowienia
W dobie Internetu "...ma się..." pewne rzeczy błyskawicznie. Oto okładka tej ksiązki, zaś w spisie treści mamy m.in.
"...tworzenie i funkcjonowanie remontów kawalerii
tworzenie szkoły kawalerii i zapelcza weterynaryjnego
organizacja i funkcjonowanie stajni cesarskich i marszałkowskich..."
Zobaczę, a "...nóż - widelec..." gdzieś jakiś "...kawałek..." tkwi w Internecie
Raz jeszcze pozdrowienia
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Nie możesz ściągać załączników na tym forum