|
Strona 1 z 4 Rozdział I. Troski materjalne. — Podróż do Wiednia. Zgon Stanisława Augusta.
Tymczasem dokoła waliło się wszystko. Król wybierał się do Grodna po abdykację. Ks. Józef, jak Dąbrowski i wielu innych niezabranych do Petersburga, pozostał na wolnej stopie w Warszawie, obsadzonej przez Suworowa. Był z wizytą u feldmarszałka, podobnie jak inni generałowie polscy. Miał sobie od niego zostawioną zupełną swobodę, z której korzystał z wielkim taktem, ze zrezygnowaną godnością.
Po uciszonej wielkiej burzy znów odnajdywał się rozbitkiem, zupełniejszym niż kiedykolwiek, już i wiarę u swoich i wiarę w siebie utraciwszy tym razem w rozbiciu. Znów powracał z musu do życia człowieka prywatnego, tym razem, zdawać się mogło, na zawsze, a istotnie na bardzo długo, na lat z górą dziesiątek najlepszego męskiego wieku, idącego na marne.
Środki materialne nader miał uszczuplone. Dochody ze starostw na Litwie, wziętych pod sekwestr, z dawna utracił. Pensję, od króla wyznaczoną, skutkiem katastrofy powstańczej odbierać przestał, z wyjątkiem chyba przygodnych zasiłków. Objął wprawdzie tymczasem cały spadek po stryju prymasie prawem dziedzicznym, w połowie przez sukcesję ab intestato, w drugiej połowie mocą kupna, a raczej cesji dobrowolnej, zdziałanej na jego rzecz w końcu listopada 1794 r. przez eks podkomorzego Kazimierza Poniatowskiego imieniem innych członków rodziny królewskiej za konsensem Stanisława-Augusta. Jednak ten spadek prymasowski, w braku funduszów płynnych, składał się z dóbr ziemskich pod Warszawą, mocno zrujnowanych przez świeże wypadki wojenne, skąd też na razie przynajmniej niepodobna było znaczniejszej oczekiwać intraty. Była to zresztą posiadłość cenna, otaksowana w szacunku hipotecznym na 2 miljona złp., klucz Jabłonna z pięknym pałacem, oraz klucz Wieliszew, obejmujący kilka dobrze zagospodarowanych przez prymasa folwarków. Prócz tego Stanisław-August w grudniu t. r. dyplomatem darowniczym przekazał ks. Józefowi na własność pałac Pod Blachą, przytykający do Zamku, wraz z przynależnemi posesjami i obszernemi gruntami emfiteutycznemi na Marjensztacie. Był to dar wcale kosztowny, gdyż król swego czasu był włożył w ten nabytek kilkadziesiąt tysięcy dukatów, wszakże raczej przedmiot zbytku, niż dochodu. W ten sposób, już schodząc ze stopni walącego się tronu, raz jeszcze okazywał król ukochanemu synowcowi swoją troskliwość ojcowską. Ale także raz jeszcze myślał za nią przepisać mu zapłatę dla jego własnego, jak rozumiał, dobra. A więc żądał nasampierw, aby mu towarzyszył do Grodna. Żądał następnie, aby napowrót włożył odesłane przed rokiem znaki Stanisława i Orła Białego. Książę kategorycznie odmówił. Król nacierał po dawnemu wszelkiemi sposoby namowy i nacisku. Kładł mu w głowę absolutną konieczność uratowania sekwestrowanych starostw i zabezpieczenia swego losu kosztem prostego aktu pokory, tem prostszego, skoro wszak już wszystko stracone, skoro niemaż więcej Rzpltej. Oskarżał go o dziecinny upór, o egoistyczną rachubę: „król mi zawsze pozostaje, on mnie nigdy nie opuści". Wygrażał się gniewnie, że właśnie opuści, że się go wyprze raz nazawsze. Nasadzał na niego osoby najbliższe, kazał aż matce z Czech zburczeć marnotrawnego syna. Ale i Książę po dawnemu ani przekonać, ani nastraszyć się nie dał. Do Grodna nie pojechał, orderów nie włożył. Ataki królewskie odpierał z rezygnacją smutną, tkliwą, a niezachwianą. „Życie stałoby się dla mnie ciężarem, gdyby nie towarzyszyło mu wewnętrzne poczucie, że nie mam sobie do wyrzucenia nikczemności". Dyskretnie, prawie wstydliwie dawał do zrozumienia, że życie mu obmierzło, że z niego ucieknie, że nie jest dalekim od samobójstwa, jeśli go dłużej męczyć będą. Wyrzekał się dobrodziejstw królewskich, skoro za taką miałyby być cenę, za cenę własnego dla siebie szacunku. „Zostaw mnie, Najjaśniejszy Panie, zapomnij o mnie, odepchnij od siebie... może za to kiedyś moje ręce, im będą czystsze, tem godniej potrafią Ciebie pielęgnować w potrzebie". Na to nie było repliki. W początku stycznia 1795 r. król wyjechał z Warszawy do Grodna, lecz bez synowca: po raz ostatni żegnali się w życiu.
Ks. Józef pozostał w opustoszałej stolicy. Zamierzał osiąść w pobliskiej Jabłonnie i zaczął urządzać ją na stalszy pobyt. Dosyć miał tułaczki po świecie, myślał nie ruszać się z miejsca. Ale znalazły się figury podrzędne, Buxhovden, Diwow i inni, działający natenczas w zdobytej Warszawie, które krzywo patrzyły się na rzekomą zbyteczną wyrozumiałość Suworowa. Ci gorliwcy specjalnego gatunku — zwłaszcza komendant miasta, generał-major Buxhovden, niesłychanie ruchliwy, zalewający łamy Korespondenta Warszawskiego istną powodzią osobliwszych swoich enuncjacji, — nierównie gorliwsi od feldmarszałka, „przybierającego pozory zbytecznej łagodności", jęli na własną rękę oskarżać ks. Józefa przed Bezborodką, Repninem i wyżej, że „on chadza po Warszawie bez orderów, w starym płaszczu rewolucyjnym, ugaszcza i utrzymuje mnóstwo oficerów zniesionej armji polskiej".
Pierwszy oczywiście zatrwożył się król. Zaraz zaczął z Grodna molestować synowca, dopytywać, jak on się sprawuje ? jak ubiera? czy nie, broń Boże, po parysku? jak włosy nosi, czy czasem nie krótko strzyżone po jakobińsku? Sumitował się biedny Książę, wykazywał zupełną bezzasadność tych obaw, z gorzkim uśmiechem zapewniał króla, że unika wszelkiej polityki w toalecie i fryzurze, że nawet wysila się na jakiś „cień warkocza", że toupetu wprawdzie nie nosi, ale dlatego tylko, bo nad czołem całkiem wyłysiał, że wprawdzie wielkie peruki, habits brodes i talons rouges schował do szafy, bo to już nie w modzie, ale zresztą stara się być elegantem, być „podobnym do wszystkich Anglików, do wszystkich emigrantów francuskich", do wszystkich ludzi dobrze myślących. Na portrecie, zachowanym z tych czasów, odkrywał się w istocie, jakim był wtedy, bez peruki, bez pozy, obojętny na widza, niedbały, pochłonięty wewnętrzną zgryzotą, głowa przedwcześnie postarzała, włos rzednący nad zmęczonem czołem, twarz wymizerowana, wychudła, zadumana, bardzo smutne, przygasłe oko. W Warszawie osiedział się niedługo. Mimo wszystkie najsolenniejsze swoje tłumaczenia, doznał wkrótce skutku podanych na siebie zaskarżeń. Reskryptem cesarzowej Katarzyny do ks. Repnina, wielkorządcy Litwy, wr połowie marca 1795 r. został. niedopuszczony do przysięgi na starostwa, posiadane na Litwie. Zaraz potem, w kwietniu, odebrał od króla stanowczy rozkaz wyjazdu z Warszawy do Wiednia.
Tutaj, w Wiedniu, siedział odtąd prawie bez przerwy lat blisko trzy. Zamieszkał na Josephstadtcie, w odleglejszej miasta dzielnicy, mając przy sobie siostrę i nieodstępną już panią Vauban. Już nie widział tu hrabianki Karoliny Thun, teraz lady Guilford, którą zabrało mu życie, a niebawem, po kilku leciech, jeszcze w kwiecie wieku, zabierze śmierć przedwczesna. Był w kłopotach materjalnych, w ciężkiej depresji duchowej, gryzł się, chorował na oczy, febrę, żółtaczkę, odnowioną starą ranę. Starostwa litewskie, wciąż trzymane pod sekwestrem, nie zostały jednak rozdysponowane. Natomiast straconą została nieodwołalnie speranda na wielkie starostwo chmielnickie w nowej gubernji bracławskiej, którem w sierpniu 1795 r. rozrządziła cesarzowa Katarzyna na rzecz Bezborodki.
Położenie materjalne nieco się poprawiło ze zmianą panowania w Rosji. Cesarz Paweł I natychmiast, w parę tygodni zaledwo po objęciu rządów, jeszcze przed amnestją ogólną, reskryptem z początku grudnia 1796 r. do ks. Repnina, zatwierdził ks. Józefa bez żadnych warunków we wieczystej własności dziedzicznej starostwa żyzmorskiego, uszpolskiego i części wielońskiego w nowej gubernji wileńskiej, bądź wprost, bądź po dożywociu matki i hetmaństwa Ogińskich. Następnie, zamiast Uszpola, należącego już do Sapiehów, otrzymał Książę Bejsagołę w powiecie szawelskim. Wszystkie te dobra niebawem wyprzedał marszałkowi Pusłowskiemu za bezcen. Nie-dość na tem: Paweł po dwóch tygodniach, przy parolu danym na rewji W. Księciu następcy tronu Aleksandrowi, mianował ks. Józefa nagle rosyjskim generał-lejtnantem jazdy i nadał mu własność kazańskiego pułku kirasjerów. Położenie społeczne Księcia stało się, na skutek tych łask nieproszonych, bardziej jeszcze drażliwem i naprężonem. Dopuszczony do przysięgi poddańczej na wrócone dobra litewskie, złożył ją w Wiedniu na ręce posła Razumowskiego. Ale od ofiarowanej sobie czynnej służby wojskowej uchylił się i w piśmie do cesarza Pawła, z wylaniem dziękując za dobrodziejstwa, okazane spół-rodakom i sobie, odmowę swoją wytłumaczył chorobą, a nadto przydał oświadczenie, że do żadnej obcej służby, więc i do austrjackiej, o co był posądzany, wstępować nie zamierza. Z drugiej strony, pomimo nalegań Stanisława-Augusta, który podówczas, w początku 1797 r., wybierał się z Grodna do Petersburga, a koniecznie chciał go mieć z sobą i kurjera za kurjerem posyłał po niego do Wiednia — Książę od tej podróży się wymówił, złożył nawet pisemne świadectwo lekarskie o swojej chorobie i nie ruszył się ze swego wiedeńskiego kąta.
Życie jego ówczesne w stolicy austrjackiej, aczkolwiek dość odludne i na skromną stosunkowo stopę zakrojone, przecie przy zupełnej jego nieumiejętności liczenia się, a przy nielepszej gospodarności pani Tyszkiewiczowej i Vauban, pociągało za sobą znaczne wydatki i narażało go na ustawiczne trudności majątkowe. Od króla znowuż pobierał stałą pensję 600—700 dukatów miesięcznie, dość nieregularnie wypłacaną. Żyzmory, wypuszczone w niewygodną dzierżawę, niewielki przynosiły dochód. Co do Wielony, matka w maju 1797 r. za pensję roczną 2000 dukatów zrzekła się spełna na jego korzyść swoich sum i praw dożywotniczki, na tym majątku jej przysługujących; lecz powrócona część, w kordonie rosyjskim położona, stanowiła zaledwo jedne trzecią całości, dawała dochodu niespełna 30 tysięcy złp., nie pokrywała więc nawet wymówionej pensji matczynej; zaś pozostałe dwie trzecie dóbr wielońskich, czyniące czystej intraty rocznej, po potrąceniu dotychczasowej kwarty i kosztów administracji, do 50 tysięcy złp., dostały się pod panowanie pruskie i zostały wcielone do dóbr skarbowych kamery białostockiej.
Wyjeżdżając z kraju, Książę był powierzył zarząd naczelny interesów swoich za plenipotencją generalną dawnemu swemu podkomendnemu Ludwikowi Kamienieckiemu. Miał on ten zwyczaj pański, że ludzi sobie oddanych, lub których za takich uważał, względem których czuł się zobowiązanym, — obdarzał zaufaniem nieograniczonem, a nie zawsze całkiem zasłużonem. Tak było i w tym przypadku. Wybór byłego generał-adjutanta książęcego na generalnego plenipotenta nie był fortunny z rozlicznych względów. Kamieniecki jeszcze z poprzedniej kampanji ukrainnej 1792 r. wyniósł reputację dość wątpliwą; z ostatnich przedkapitulacyjnych chwil powstania 1794 r. pod ciężkim wyszedł zarzutem. Źle widziany u ogółu, rzucał cień na swego mocodawcę, zachowującego tyle względów dla niego i dla pięknej pani Kamienieckiej. Zresztą interesów Księcia pilnował, jak się zdaje, sumiennie, aczkolwiek niezawsze stosownie, z gorliwością nieraz źle umieszczoną. Nawet włościan z Jabłonny i Wieliszewa, będących z calem zaufaniem i weneracją dla swego „najłaskawszego dobrodzieja" księcia-dziedzica, potrafił żołnierski plenipotent podnieść przeciw sobie na nogi i doprowadzić do bardzo ostrych zatargów pastwiskowych. A w owej zwłaszcza porze, przy silnem podnieceniu ludności podmiejskiej Warszawy, przechodzącej pod nowe rządy pruskie, było to tembardziej nie na czasie i dawało tylko pożądaną sposobność świeżo instalowanym władzom niemieckim do obosiecznej interwencji, dla obu stron równie szkodliwej. Zdarzało się jednak także niekiedy, że włościanie wprost zwracali się aż do Wiednia do swego dziedzica z podznaczonem krzyżykami podaniem i w takich wypadkach — gdy np. prosili go jako kolatora o oddanie probostwa wieliszewskiego osobie duchownej, której winni byli wdzięczność z czasów ostatniego powstania, — Książę chętnie, a nawet z widocznym pośpiechem, tym prze-łożeniom swoich poddanych czynił zadość.
Nowe kłopotliwe powikłania natury administracyjno-majątkowej wynikły dla ks. Józefa z odmian prawno-politycznych, związanych z wykonaniem trzeciego, zupełnego rozbioru Rzpltej. Kiedy mocą ostatecznego traktatu podziałowego ze stycznia 1797 r. rozebrane zostały między trzy mocarstwa spółdzielcze długi Rzpltej i królewskie, wypadło i jemu także przed ustanowioną w Warszawie Komisją likwidacyjną zgłosić swoje z obu tych źródeł płynące pretensje i wierzytelności. Chodziło o kwoty bardzo znaczne: o zaległą intratę stutysięczną, przyznaną przez sejm w 1792 r. — przedmiot od razu uchylony przez Komisję, która wszystkie uchwały sejmowe, zapadłe po Konstytucji 3 maja, uznała za unieważnione przez sejm grodzieński, — oraz o realniejszą, bo opartą na starych obrachunkach sukcesyjnych między rodzeństwem Stanisława-Augusta, kwotę 150 tysięcy dukatów, pod udowodnionym tytułem arrangement de familie, wpisaną imieniem wspólnem ks. Józefa w dwóch trzecich i siostry Tyszkiewiczowej w jednej trzeciej do masy rzeczywistych długów królewskich. Tysiączne stąd jeszcze powstawały spory merytoryczne i proceduralne.
Z drugiej strony wynikła nierównie poważniejsza sprawa zasadnicza. Rzeczony traktat ostateczny petersburski 1797 r. „znosząc wszystko, co mogłoby zachować pamięć istnienia Królestwa Polskiego", z zasady niwecząc wszelkie ślady łączności pomiędzy trzema dzielnicami, zaprowadzał też bezwarunkowe zniesienie sujets mixtes, nakazywał obowiązkową opcję poddaństwa w jednej wyłącznie dzielnicy i przepisywał zupełne wyprzedanie się z posiadanych w każdej innej majątków nieruchomych, w terminie pięcioletnim, pod karą konfiskaty. Książę oczywiście byłby najchętniej wolał pozostać pod berłem austrjackiem, gdzie ze względów osobistych i rodzinnych czułby się jeszcze stosunkowo najlepiej. Dlatego też, między innemi, tak pospieszył się ze sprzedażą dóbr litewskich, w kordonie rosyjskim zawartych, choć z dużą stratą materialną, gdyż wobec ówczesnych nieustatkowanych warunków za cesarza Pawła o kupca-ryzykanta, czy to Rosjanina czy Polaka, nie było łatwo. Podobnież myślał pierwotnie o pozbyciu się posiadłości w kordonie pruskim, do czego gorąco zachęcał go Kamieniecki, podsuwając nabywców i na Jabłonnę w osobie jakichś spekulantów niemieckich, jak się zdaje podstawionych przez banki rządowe berlińskie i na pałac Pod Blachą w osobie intendentury dóbr królewskich Fryderyka Wilhelma II dla zaokrąglenia nowej rezydencji pruskiej na Zamku warszawskim. Na szczęście obiedwie te tranzakcje nie doszły do skutku.
Tymczasem zaszedł wypadek, który ostatecznie losy ks. Józefa związać miał z pruską Warszawą. W lutym 1798 r. zmarł nagle w Petersburgu Stanisław-August. W ostatnich miesiącach życia zdetronizowanego stryja wielokrotnie wzywany był przez niego Książę nad Newę. Nie kwapił się tam jednak — jakkolwiek z tego powodu na różne narażał się przykrości — i już go nie ujrzał, aż w trumnie. Wiosną 1798 r. udał się do Petersburga, dokąd powoływały go najnieodzowniejsze czynności homagjalne i sukcesyjne. Parę miesięcy zabawił nad Newą. Z wielką łaskawością przyjęty był przez cesarza Pawła, mianowany przeorem Zakonu maltańskiego. Pozostał też nominalnie wniesiony do ranglisty wojskowej rosyjskiej w stopniu generała-lejtnanta i szefa kazańskiego pułku kirasjerów.
|