| Dim lights Embed Embed this video on your site
Pogodna jesień, ale też i uroczystości dni minionych sprawiają, że w sposób zupełnie niezauważony przechodzi 199 rocznica ostatniej wielkiej bitwy kampanii moskiewskiej Napoleona, bitwy nad Berezyną, gdzie od 25 do 29 listopada 1812 roku bój toczyła Wielka Armia Napoleona, otoczona z trzech stron przez armie Kutuzowa, Wittgensteina i Cziczagowa: "Napoleon postanowił przeprawić się przez Berezynę pod Borysowem, gdzie znajdował się most. Jednak 21 listopada Rosjanie zdobyli Borysów i most, broniony przez 17. Dywizję gen. Jana Henryka Dąbrowskiego który został zdobyty, a wobec kontrataku zniszczony. Napoleon postanowił przeprawić się w Studziance, o kilkanaście kilometrów na północ od Borysowa, gdzie saperzy francuscy gen. Eblé (zmarł z wyziębienia pod Berezyną) przy współudziale polskich znaleźli dogodny bród i zbudowali 26 listopada dwa mosty. Prace utrudniała nagła odwilż, która spowodowała załamanie się kry lodowej i wylanie rzeki. Napoleon nie przewidział odwilży i w Orszy kazał zniszczyć jadące z armią pontony, a konie dać artylerii. Przez to budowa zamiast trwać pół dnia trwała 48 godzin.
28 listopada rozegrała się zacięta bitwa o utrzymanie przeprawy na obu brzegach Berezyny. Na lewym brzegu armia Wittgensteina szturmowała Studziankę, bronioną przez korpus Victora, po prawej admirał Cziczagow, który zorientował się, gdzie Francuzi zbudowali mosty, zaatakował pod Stachowem. Tutaj bitwa toczyła się cały dzień w wysokim sosnowym lesie, gdzie 9 tys. polskich żołnierzy pod dowództwem generałów Zajączka, Dąbrowskiego i Kniaziewicza utrzymało swoje stanowiska i przy stratach 3 tys. poległych odparło ataki Rosjan. Po zbudowanych mostach udało się przeprawić na drugi brzeg korpusowi Oudinota, Eugeniusza, Davouta, resztkom 5 korpusu polskiego i Neya.
"Bitwa nad Berezyną", mal. Peter von Hess 29 listopada 1812 roku około godziny 9 rano na rozkaz Cesarza Napoleona podpalono mosty, po których nocą zdążył przejść marszałek Victor z resztką swojego korpusu. W ręce Rosjan wpadło około 10 tys. maruderów i rannych oraz olbrzymie łupy zrabowane w Moskwie. Widmo zagłady Wielkiej Armii zostało zażegnane dzięki talentowi Napoleona, lecz sama sytuacja w jakiej znaleźli się Francuzi była tragiczna. Zdolnych do noszenia broni było zaledwie kilka tysięcy żołnierzy, głównie grenadierów Starej Gwardii, oraz około 50 tys. maruderów, którzy podążali na Wilno. Bitwa pod Berezyną wykazała niezwykłe męstwo i poświęcenie żołnierza francuskiego i polskiego. Mimo przewagi liczebnej Rosjanom nie udało się rozbić wycieńczonej i osłabionej odwrotem armii francuskiej."[1] Wydarzenia te znalazły swe dramatyczne odbicie w relacjach uczestników zdarzeń. Malarskie u Januarego Suchodolskiego, czy pamiętnikarskie dość obszernie przytoczone przez Roberta Bieleckiego i Andrzej T. Tyszka w "Dał nam przykład Bonaparte". Wspomnienia i relacje żołnierzy polskich 1796-1815". Do mniej znanych należą zaś wznawiane parę lat temu wspomnienia Wincentego Płaczkowskiego[2], młodszego oficera szwoleżerów gwardii, który wspominał po latach, o tym jak:
Przejście wojsk Napoleona przez Berezynę. Mal. January Suchodolski 1866.
"Przymaszerowaliśmy do Borysowa; już niezastaliśmy generała Dąbrowskiego, ruszył naprzeciw Czyczagowa, Tormansowa i Czaplica. W tem mieście zastaliśmy wielki zapas soli, że nawet po ulicach rozsypana leżała; tam zatrzymaliśmy się cały dzień dopóki armija nie nadciągnęła za nami. Napoleon po widzeniu się i naradzie z generałem Dąbrowskim, ruszył, aby w pewnym punkcie przeprawić się przez Berezynę. Ta rzeka nie jest z wielkich; koryto wody płynącej nie było szersze nad łokci kilkanaście; ale brzegi jej dwa razy szersze, bagniste i zgniłe, mające wiele oparzelisk i źródeł, a te w największe mrozy miejscami wcale niezamarzały. Napoleon wychodząc z miasta w prawą stronę rozkazał zaraz wyrąbać las aż do punktu zamierzonego na przeprawę; sam z gwardyą wyruszył na przód, a cała armija za nami. Nieprzyjaciel zaś nigdy niespodziewał się, abyśmy w tym punkcie przeprawić się mieli i niemógł tego dostrzedz, bo generał Dąbrowski ciągle z nim się ucierał. Gdyśmy już przymaszerowali nad sam brzeg tej rzeki, zastaliśmy tam awangardę przed sobą, a to na prawym brzegu, który był płaski, i blizko stojącym, gęstym a ciemnym lasem zasłoniony; był też tam pagórek dość wysoki, z którego oba brzegi dość daleko widzieć można było. Na tym wzgórku rozkazał Napoleon natychmiast wysypać baterye i mocną, artyleryę osadzić, a to dla okrycia mostów, które zaraz zaczęli stawiać i dla bezpieczeństwa w przeprawie. Jak tylko pierwszy most był skończony, zaraz Napoleon tegoż samego dnia wysłał naprzód awangardę i sam z gwardyą mszył, a tak ustanowionym porządkiem cała armija przez dni dwa i jedną noc spiesznie się przeprawiała; działo się to około 29 listopada 1812 roku.
Berezyna, mal. Wojciech Kossak
Już z Napoleonem byliśmy za rzeką na pierwszej stacyi o mil kilka w Brylowie; tam stanęliśmy na polu śniegiem okrytem, a mrozy swoim, porządkiem coraz to silniejsze się wzmagały. Dnia trzeciego z rana doszła wiadomość bardzo smutna, że dywizya wojska Księztwa Berg i Kliwiji, która w tym czasie na wyż rzeczonym wzgórku mosty okrywała, zupełnie przez nieprzyjaciela była zniesioną i tenże wzgórek zająwszy, gęstym z armat ogniem na mosty i na resztę w tyle znajdujących się z armiji naszej miota. Już prawie cała armija nasza przez mosty przeszła była, oprócz korpusu Neya, który był w ariergardzie, a z nim pozostały ekwipaże, furgony i inne powozy; chorzy, ranni i pewna liczba ich eskortującego wojska. Był bowiem dany taki rozkaz, aby nikogo innego niepuszczać przez mosty, tylko najprzód same potrzebne uzbrojone wojsko, armaty i wozy amunicyjne, zaś ekwipaże i inne podobne pociągi winne były przeprawiać się na ostatku.
Korpus Neya stanowiący ariergardę zostawał w tyle i powstrzymywał nieprzyjaciela, który z wszystkich stron spiesznie i nagle nacierał; zaś Vice-Król Włoski Eugenijusz, Miurat, Davoust i Rapp marszałkowie, już przeprawili się byli przez mosty; Bertier był przy Napoleonie razem z nami, a Książę Józef Poniatowski przed nami w awangardzie. W tak nieszczęśliwem, okropnem i rozpaczliwem położeniu, nieprzyjaciel napadł na resztę naszych za rzeką w tyle pozostałych, uniesiony za zdobyczą nielitościwie zabijał, mordował i zabierał. Naciśnięci, uciekając bez żadnego porządku, w panicznym strachu pieszo i jezdnie jeden drugiego tłoczyli i tak się tłumnie wcisnęli na mosty, że jeden drugiego w wodę spychał, a tu nieprzyjaciel rzęsistym ogniem armatnim ich raził i tyle koni i ludzi już ubitych było, że nikt więcej ani wjechać, ani zjechać z mostu niezdołał; toż samo i pieszych spotykało; wreszcie most jeden niesłychanym ciężarem naciśnięty, w samym środku się załamał, pogrążając w otchłań tysiące ludzi!...
Gdy już tak przyszło, że reszta zostających jeszcze na brzegu niemogli się w żaden sposób do mostów dobić, puszczają się jak obłąkani około tychże i brną w połamane lody, wodę i błota piechotą i giną w tych otchłaniach. Drudzy powozami i konno nieuważając i niewidząc tego jak poprzedni załamują się i toną, tłoczą się obok nich nawałem, na cały stojący jeszcze miejscami lód, tam się załamują i bez ratunku giną; okropności tego widoku żadne pióro określić niezdoła!... Tu w tej rzece wszystkie ekwipaże jakie tylko przy armiji z zapasami i zdobyczą naładowane były potonęły z końmi i ludźmi, których kule oszczędziły; wszystko to tam wieczny grób znalazło! Przejście Berezyny, mal. julian Fałat
Generał Zajączek powstrzymywał i bił się z Czyczagowem po nad samą rzeką; ten ostatni przebywszy Berezynę, chciał zastąpić most, aby nikogo z niego niewypuścić. Po odebraniu tej dotkliwej wiadomości, Napoleon dał rozkaz, aby wyko- menderowano z gwardyi z każdego pułku piechoty i kawaleryi po jednej kompaniji i jedną całą bate- ryę artyleryi konnej w pomoc Zajączkowi, aby mógł zretyrować; kompanije te były złożone z samych starych i doświadczonych żołnierzy. W tych kom- panijach i ja byłem z plutonem moim i wnet po maszerowaliśmy po nad tę rzekę. Przybywszy na plac boju widzieliśmy, że Zajączek z trzech stron mocno był attakowany; to jest z za mostów od Bo- rysowa przez rzekę i od traktu z Mińska, przez lasy idącego do Borysowa. Na tym placu, już mało co śniegu widać było, tylko sam piasek od kul armatnich przewrócony leżał, jak gdyby go kto rydlami poorał. W pomoc Zajączkowi front sformowaliśmy; w oczach naszych ubito pod nim konia i sam ranny w nogę upadł na ziemię. Oficerowie skoczyli i przyprowadzili sanki z czterma końmi, podnieśli go z ziemi, w sanki włożyli i wynieśli, a tym sposobem uratowany został. Widząc nas już sformowanych, dywizya rannego zaczęła porządkiem i zwolna rety- rować, a myśmy awansowali.
Kazano nam, lekkiej kawaleryi attakować i zdobyć armaty, które nieprzyjaciel postawił w młodym i rzadkim, sosnowym lasku na trakcie Mińskim; przypuszczaliśmy attak raz, drugi i trzeci szwadronami, lecz nic zrobić niemogliśmy, bo piechota w tej młodej sosninie spomiędzy błotami i oparzeliskami ukryta była i wziąść nam armat niedopuściła. Dywizya Zajączka już była dosyć daleko zretyrowała i już nieprzyjaciel więcej jej szkodzić nie mógł; rozkazano nam w drugim punkcie na armaty attakować, tą razą udał się nam attak, bośmy armaty znieśli i ar- tylerzystów pobili, z których mało co uciekło. Że zaś był krótki dzień, bo to działo się w pierwszą środę adwentu, to już i nasza dywizya gotowała się do retyrady. Powracając od attaku gdy już zmierzchać dobrze zaczęło, pośrodku gęstych krzaków i bagien, około stogów siana było cztery armat kozackich ukrytych i w niewielkiej odległości, te dały do nas ognia kartaczami i z mego plutonu który był na skrzydle padło koni 14 i siedmiu ludzi, a mój koń ranny został w kolano prawej zadniej nogi kartaczem. Pluton mój naprzód mnie puścił się galopem, koń mój potknął silnie na zranioną nogę raz i drugi, myślałem, że podkowa śniegiem się nabiła, dałem koniowi ostrogę i mocnom pałaszem uderzył, ten skoczył całą siłą w górę i padł ze mną na placu a szwadron zretyrował.
"Przejście wojsk Napoleona przez Berezynę", mal. Wojciech Kossak 1895 To było szczęściem dla mnie, że koń padł na samym brzegu rzeki Berezyny, który był wysoki może na łokci sześć i nawiej a śnieżna wysoka równo z tym brzegiem. Koń gdy upadł ze mną zsunął się z brzegu w tę nawieję aż na lód rzeki i tak leżałem w śniegu pod koniem na spodzie i żadnym sposobem ztamtąd dobyć się nie mogłem, słysząc jeszcze ciągle kanonadę naszych, lecz coraz dalej ode mnie. W tem smutnem położeniu już tylko Panu Bogu się oddałem!... Słyszałem, że prawie bez przestanku nieprzyjaciel małemi oddziałami przez ten plac awansuje; postrzegłem i Kozaków jeżdżących po nad brzegiem, z tych jeden postrzegł mnie w dole na śniegu leżącego, mszył więc ku mnie, i koń jego wpadł przedniemi nogami w tę nawieję, że aż głowę schował, Kozak zeskoczył z konia i zaledwie go wyciągnąć zdołał. Wnet przywołał drugich do siebie, lecz aż do mnie dostać się nie mogli; dalej przyjechał ich oficer, pomówił z nimi, zsiadł z konia, kazał sobie podać pikę, zrzucił płaszcz, obrócił pikę tym końcem, gdzie grot żelazny i rozkazał dwom Kozakom mocno rękoma trzymać, a drudzy Kozacy tych za suknie z tyłu trzymali, sam zaś oficer uchwyciwszy się za drzewce piki, spuszczał się po tej nawiei i doszedł aż do mnie. Spytał mnie wnet kto jestem?... Odpowiedziałem, że oficer polski; wziął tedy obiema rękoma za grzywę konia i zwalił ze mnie, potem wyciągnął mnie ze śniegu i z pod konia. Tu począł mnie łajać o spalenie Moskwy, zaraz zdjął ze mnie czapkę, poodrywał z niej srebro, a czapkę rzucił pod nogi i w śnieg zadeptał. Potem zdjął ze mnie płaszcz i tułubek z siwych baranków, wymawiał mi, że to był wzięty w Moskwie, pozabierał ze mnie szlify, akselbanty, ładownicę i pendent z pałaszem, nareszcie pieniądze i zegarek, zostałem tylko w mundurze i z gołą głową. W tem spuścił się do mnie i drugi oficer, zaraz obydwa wzięli się do konia, mantelzak odpięli i siodło zdjęli ze wszystkiem; przy siodle tem znaleźli w torbeczkach z skóry uszytych, dwa krążki stopionego srebra i złota, które ważyły więcej jak 20 funtów, zaczęli się tedy z sobą spierać, nareszcie podzielili się zdobyczą, mnie tak porzucili, a sami odejść chcieli. Przemówiłem do nich: Czego mnie tak zostawiacie?... Albo mnie weźcie z sobą albo zabijcie!... Wieczór już był późny, mróz wielki i śnieg bardzo drobny i suchy zaczął padać, a tu widząc na brzegu tyłu nieprzyjaciół, pomstą ku mnie tchnących, pewny byłem, że ostatnia godzina moja nadeszła!...
Przecież ci oficerowie zgodzili się mnie wziąść z sobą i tym sposobem nas po jednemu za pomocą piki na brzeg powyciągano. Obydwa ci oficerowie szli piechotą a mnie między sobą w środku prowadzili; czterech Kozaków konno jechali za nami i prowadzili konie swoich oficerów. Szedłem z gołą głową, od trudu włosy na głowie potniały, a potem w sąple zmarzały. Mróz był okropny, noc zapadła, księżyc nieco przyświecał, a suchy i drobny śnieg unoszący się w powietrzu migał w oku jakby dya- menty. Spotykaliśmy małe oddziały nieprzyjacielskiego wojska, które ciągnęły jakby rezerwowo za mo- jemi; sam widziałem, jak żołnierze, nieszczęśliwych rannych, czołgających się po śniegu, kłuli pikami, różne na nich miotali obelgi wołając: „Wy to Moskwę spalili i zrabowali!..." Przeraźliwe głosy, płacz i jęczenie wszędzie słychać było, postrzegając mnie prowadzonego, niejeden unosił się mściwą zapalczywością i pytał: „Kogo to prowadzicie?..." Moi dozorcę odpowiadali, że pułkownika francuzkiego; na te słowa, pytający się rzuca się ze szpadą do mnie, chcąc przebić, lecz oficerowie prowadzący mnie nie- dopuścili; podobnie kilkokrotnie byłem napastowany. Nakoniec jeden podjechał do mnie konno w zaciętej złości; na szyi wisiały mu, na rzemiennej taśmie dwa pistolety tureckie, uchwycił ręką za jeden przyłożył do czoło mego i ściągnął, lecz ten ognia niedał; w tem jeden z oficerów co mnie prowadzili, podniósł rękę w górę i odtrącił ten pistolet, poczęli się tedy z sobą kłócić, lecz ten pochwycił jeszcze pistolet za lufkę, przykładem silnie mnie w głowę uderzył i popędził w największym galopie.
Prowadzony byłem tak blizko pół mili, po nad samym brzegiem Berezyny, a przybyliśmy do jakiegoś małego, z drzewa postawionego kościółka, a to wśród lasu; obok kościółka były dwa domy; wprowadzony byłem do jednego z nich, który miał korytarz, a zawieszona lampa nieco miejscowość oświecała. W tym korytarzu spotkaliśmy się z oficerem; moi tedy zatrzymali się i poczęli z nim rozmawiać, ja zaś poszedłem dalej. Niedaleko przedemną drzwi się otworzyły, z nich wystąpił ksiądz Dominikan i trzymał jeszcze drzwi otwarte; przemówiłem do niego: Księże! czy niemógłbyś mnie tu gdzie ukryć?... Ten mi na to nic nieodpowiedział, tylko wzruszył ramionami i odeszedł. Oficerowie wkrótce za mną nadeszli i wprowadzili mnie do celi, bo to był klasztorek Ks. Dominikanów; ta cela miała dwie stancye, w pierwszej widziałem kilkunastu oficerów z różnych pułków rossyjskich, ci stali rozmawiając, a obok nich był wielki samowar na stole i wielkie szklanne kufle z uchami, nalane pełne herbatą; ten zapach posilnego wywaru gdy mnie zaleciał, mdłość uderzyła mi do głowy, tak byłem wygłodzony Wprowadzono mnie do drugiej stancyi, gdzie jakiś generał przy stoliku siedział i kilku z wyższych rang oficerów obok niego stało. Moi oficerowie przedstawili mnie jako pułkownika wziętego do niewoli. Ten zaraz zapytał mnie, z którego pułku jestem?... i jakiej rangi?... Odpowiedziałem, że z pułku lekkiej kawaleryi gwardyi francuzkiej, porucznik. „Znam ten pułk—odpowiedział—pułkownikiem jego był Krasiński, w Szantilli pod Paryżem wasze depo." Odpowiedziałem, że tak jest. Dalej zapytywał mnie, jak dawno jestem w służbie?... Odpowiedziałem, że od roku 1806. Potem dalej zapytał mnie, czy byłem w kampaniji pruskiej, hiszpańskiej i austryjackiej?... Odpowiedziałem, że tak. Obrócił się tedy do swoich oficerów i mówił do nich: „To jest stary żołnierz, zwiedził i doświadczył wiele."
Potem posunął do mnie swój otwarty pulares, który na stole leżał i mówił mi, abym swoje imię i nazwisko napisał, podał mi ołówek; jam napisał, on przysunął do siebie i przeczytał; potem kazał mi, abym to po rusku napisał, na to odpowiedziałem, że nieumiem. Zaczął srogo na mnie nalegać i zmuszać mnie, abym po rusku napisał i dał mi wzór. Jam mu odpowiedział, że te litery nakreślę, ale co one znaczą, niewiem; po niemiecku umiem cokolwiek; napisałem i podałem mu. W tem wystąpił kozacki pułkownik, już w sędziwym wieku, z wielką białą brodą i do generała odezwał się: „Nie! on jest Mazur, poznałem go po mowie;" potem do mnie obrócił się i zapytał, czyli znałem tych a tych obywateli, których po nazwisku wzmiankował; potem mówił dalej, że był w Polsce jeszcze za czasów Kościuszki, a nawet na Pradze w czasie jej zdobycia. Później kazał generał nalać dla mnie pół kufla herbaty, którąm wypił i zaczął więcej rozmawiać ze mną w te słowa: „Jakieś oficer, pod słowem honoru powiedz mi prawdę, w którym korpusie maszeruje sam Napoleon i z jaką ostrożnością?..." Odpowiedziałem mu na to z całą żołnierską ścisłością: Z miejsca tego gdzie nocujemy, nazajutrz rano mając dalej maszerować Napoleon, naprzód wysyła ciężką piechotę, trzy pułki, to jest 12 tysięcy ludzi, a to z ukrytą artyleryą w kolumnie. Później w godzinę rusza sam, naprzód wysyła konną gwardyę hollenderską, dalej postępują pułki nasz i Szaserów z ukrytą konną artyleryą. Obydwiema, stronami bokiem na lewo i na prawo w pewnej odległości podług położenia miejsca maszeruje ciężka kawa- lerya Gwardyi, Dragonów i Grenadyerów podobnie z konną artyleryą. Za nami może znowu w godzinę później piechota lekka Gwardyi, takoż z ukrytą artyleryą. Dalej następuje reszta armiji porządkiem swoim korpus za korpusem. Jak tylko pierwsza dywizya piechoty wysłana w awangardzie, postrzeże w marszu nieprzyjaciela, zaraz stawa i formuje kare-bataliony. Napoleon tedy nadchodząc, gdy zobaczy zdaleka te czworoboki, już pewny jest widzieć nieprzyjaciela, zatrzymuje więc wojsko w miejscu, a sam jak najprędzej rusza do awangardy i po rozpoznaniu nieprzyjacielskich sił i pozycyj, daje rozkaz wojsku, w którą stronę i gdzie kto maszerować i stanowić się powinien.
Nie tylko sam generał, ale wszyscy oficerowie naokoło mnie stojący, z wielką pilnością mowy mojej słuchali; kilka chwil była cichość zupełna, zdawali się być wszyscy zamyślonymi. Generał wstał z krzesła, przeszedł się po stancyi, potem obrócił się do oficerów i przemówił: „A co?... mówiliście że Napoleona schwytacie!..." Tu stary kozacki pułkownik występuje z pomiędzy innych, skłonił się generałowi i rzecze: „My Napoleona schwytamy, kiedyśmy Kościuszkę dostali, to i tego dostaniemy, on nieujdzie rąk naszych!" Na to generał krzyknął gniewliwym głosem na niego: „Tyś głupi! i wy wszyscy co to mówić śmiecie. Inaczej było z Kościuszką a inaczej jest z Napoleonem. Słyszeliście opowiadanie tego porucznika, w żaden sposób go niedostaniecie, ani myśleć o tem!"
Po skończonej tej rozmowie przyszedł adjutant i zameldował, że przeszło 200 niewolnika przyprowadzili, a to z różnych narodów; już była godzina 9 wieczorna, generał rozkazał, aby ich zaprowadzono pod szopę dranicami nakrytą, w której tylko trzy ściany były, tam składano drwa, wozy i inne gospodarskie narzędzia. Później generał rozkazał spisać szczegółowy rejestr wziętych w niewolę z jakich są pułków i narodów; adjutant na to odpowiedział, że niepotrafi z nimi się rozmówić; tu generał wskazał ręką na mnie i rzekł: „Oto jest porucznik, ten pójdzie i wam pomoże." Poszliśmy tedy razem; adjutant rozkazał niewolnikom stanąć w szereg i tych spisaliśmy: Byli Francuzi, Niemcy, Hiszpanie różnych rang oficerowie, podoficerowie i żołnierze; obmarzli, ogołoceni z odzieży, poranieni i głodni. Powróciliśmy i generałowi ten spis podali. Tu zapytałem, gdzie mi generał teraz rozkaże odejść, on mnie do kompaniji niewolników odprowadzić kazał. Przyszedłem między nich, i ci krzyknęli razem wszyscy na mnie: „Czemu niemówiłeś generałowi o żywność i napój dla nas!" Rzucili się na mnie, jakby zabić chcieli; ja biegnę nazad do generała i powiadam, że niewolnicy domagają się żywności i napoju, bo są bardzo głodni i spragnieni. Natychmiast generał przywołał Księdza Przeora i polecił, aby dał chleba i gorzałki; ten odpowiada, że już niema nic więcej, bo co tylko było, wojska zjadły, wypiły, a resztę zabrały. Krzyknął generał na niego surowo i rozkazał dać koniecznie, a przytem posłał adjutanta i kilku Kozaków ze mną, abyśmy szukali i przynieśli. Znaleźliśmy przecie kilka bochenków chleba i baryłkę wódki i to się niewolnikom oddało, a adjutant doniósł o tem generałowi; on powtórnie zawołał Przeora i rozkazał dać mięsa, Przeor tłumaczył się, że niema i że tylko jedna para wołów została do wożenia drew i wody, te rozkazał generał zabić i nam oddać. Rozpaliliśmy ognie pod szopą dla ogrzania się, woły zabite obrzynaliśmy nożami kozackiemi; kilka niewielkich naczyń w klasztorze dostaliśmy; jedni gotowali, a drudzy piekli na kijach bez soli i tak jedli; całą noc na silnym mrozie przebyliśmy.
Rano drugiego dnia, poprowadzono nas dalej w kraj, przez cały dzień ledwieśmy milę jedną ujść mogli. Gdyśmy do jednej wsi przybyli wszyscy mieszkańcy krzyczeli na nas i wołali najnieprzyjemniejszemi wyrazami, a domy wszystkie przed nami zamykali. Wprowadzono nas do stodół, w których mało co zmierzwionej słomy się znajdywało i w tę prawie zgnojoną słomę zarywaliśmy się dla ogrzania, a Kozacy pod wrotami ognie porozkładali i pilnie nas strzegli; tak całą noc przecierpieliśmy. Podobnie i coraz dalej byliśmy prowadzeni, nieznając kwater innych jak stodoły lub stajnie. Na żywność podawano nam jednego dnia krupnik jęczmienny, a drugiego ruski kapuśniak, do tego chleb czarny z ościami i plewą, że nim buty chędożyćby można było; żadnej litości i współczucia nigdzieśmy nie spotkali, bo naród mocno przeciwko nam był oburzony. Raz we wsi stanęliśmy na spoczynek na ulicy pomiędzy chatami, a był mróz srogi; do żadnego domu puścić nas niechcieli, uciekali przed nami, rzucali na nas kijami i kamieniami, łając nas i grożąc zabiciem. Ja wszedłem do stajni gdzie woły były pomieszczone i wcisnąłem się pomiędzy te, aby się nieco ogrzać; przyszedł tam gospodarz stary z długą brodą, porwał mnie za rękę, uderzył trzy razy kułakiem i wypchnął na dwór."
[1] Bitwa nad Berezyną (1812) http://pl.wikipedia.org/wiki/Bitwa_nad_Berezyn%C4%85_(1812) [2] "Pamiętniki Wincentego Płaczkowskiego porucznika dawnéj gwardii cesarsko-francuzkiej spisane w roku 1845", Wincenty Płaczkowski, Żytomerze, Nakładem Księgarni J. Hussarowskiego 1861. |
| Poprawiony: środa, 14 marca 2012 10:54 |
Szukaj
Sonda
Jesteś tutaj:
Biuletyn
Odsłon : 1121327
Na stronie
Naszą witrynę przegląda teraz 3 gości
Chmura tagów
Dodaj do Facebook
Menu strony
Na forum Arsenału
| Stowarzyszenie Regimentów i Pułków Polskich 1717 - 1831 |
| Forum - Nowe posty |
|
| Bitwa nad Berezyną
Wpisany przez Arsenał
poniedziałek, 28 listopada 2011 10:12
|




























