Przypadków porucznika Ryżewskiego, wieczór czwarty: "O tym jak niektórzy słowiańscy oficerowie w Armii Wielkiego Napoleona wojowali"
Wpisany przez Arsenał
piątek, 13 maja 2011 16:14
|
| Tags: lansjerzy nadwiślańscy | proza | Ryżewski 
Na prośbę czytelników strony Arsenału czwartą częścią kontynuujemy przygody porucznika Ryżewskiego.
Piotr M. Zalewski
Siedzieliśmy w Paryskiej gospodzie. Ja, i moi nieodłączni kompani wieczorów. Jak zawsze krzepki major, młody obiecujący poeta i młody równie obiecujący muzyk. Delektowaliśmy się winem którego nowy gatunek sprowadził nasz karczmarz, gdy nagle w sąsiedniej izbie wszczął się niespotykany rejwach, istna awantura, jakiej nigdy tu nie słyszeliśmy, mniemając, że to porządne ciche miejsce, od tak dla takich gości jak my. Hałasy nie ucichły gdy przybiegł do nas gospodarz błagając nas o pomoc, gdyż polak jakiś nieznający francuskiego języka wszczął awanturę, a oni z nim się nijak nie mogą dogadać. Poderwaliśmy się zaraz od stołu ciekawi rodaka który tak niefortunnie rozpoczął swój pobyt w Paryżu. Jakież było nasze zdziwienie gdy okazało się, że awanturnik nie był Polakiem, tylko Czechem z Moraw, zresztą dawnym oficerem Austriackim. Próbowaliśmy wygasić awanturę niestety zakończyła się dopiero gdy pojawili się żandarmi i zabrali na odwach kłopotliwego podróżnika.
|
| Poprawiony: wtorek, 13 września 2011 10:31 |
|
|
Przypadków porucznika Ryżewskiego, wieczór trzeci: "Wygodne kwatery"
Wpisany przez Arsenał
poniedziałek, 11 kwietnia 2011 14:23
|
465
(3 głosów, średnia ocena 3.67 na 5)
| Tags: lansjerzy nadwiślańscy | proza | Ryżewski 
Na prośbę czytelników strony Arsenału zamieszczamy część trzecią przygód porucznika Ryżewskiego. Ci, którzy nie czytali wcześniejszych, być może zechcą sięgnąć do "Przypadków porucznika Ryżewskiego" (część I) oraz do "Przypadków porucznika Ryżewskiego część druga i nie ostatnia".
Piotr M. Zalewski
Znowu jesień, kolejny rok z dala od ojczyzny mijał, ciągnąc się niemiłosiernie jak wszystkie poprzednie. Siedzieliśmy w gospodzie pijąc grzane wino i obserwując innych gości. Za oknem był obrzydliwy mokry, wietrzny wieczór, deszcz z gradem zacinał w okna dzwoniąc o szyby jak kartacze o mury twierdzy. Pomyślałem jak to dobrze mieć suchą kwaterę i dach nad głową. Przez te wszystkie lata gdy nosiłem mundur, ciepła, sucha kwatera często była marzeniem nie do spełnienia. Nawet w Hiszpanii gdzie lat spędziłem kilka, dobre kwatery nie zawsze się trafiały, a było to dla nas tam o tyle ważne, że Legie Polskie namiotów nie miały. Przyjaciele od tułaczego stołu z którymi spędzałem ten wieczór, widząc żem się zamyślił patrząc w ciemne okna, zagadnęli mnie znowu o porucznika Ryżewskiego i jego niewiarygodne przypadki. Te moje rozmyślania o ciepłych wygodnych kwaterach przypomniały mi pewną historię.
|
| Poprawiony: środa, 13 lipca 2011 09:33 |
|
|
|
Przypadków porucznika Ryżewskiego część druga i nie ostatnia
Wpisany przez Arsenał
sobota, 02 kwietnia 2011 13:54
|
464
(2 głosów, średnia ocena 5.00 na 5)
| Tags: lansjerzy nadwiślańscy | proza | Ryżewski Obok opracowań historycznych gawędy przy obozowym ognisku mieszają prawdziwe wydarzeni z żartem, fakt z dobrą historią. W ciągu minionych lat najwięcej chyba było słychać takich historii o poruczniku Ryżewskim, napoleońskim Zagłobie. Niżej zamieszczamy część drugą. Część pierwszą część przygód porucznika Ryżewskiego przeczytać można tutaj.
Piotr M. Zalewski
Wieczór Drugi
O tym jak Hiszpanie chcieli konie przedawać
Działo się to w Hiszpanii. Porucznik Ryżewski stał wtedy wraz z dużą komendą w małej wiosce. Wioska to zresztą chyba za wielkie słowo, ot kościół, plebania z ogrodem, i kilka murowanych domów a wszystko obwiedzione murem na dużego chłopa wysokim. Wioska leżała na ważnym dla nas szlaku pocztowym którym kurierzy i transporty bez ustanku biegali. Hiszpanie więc chcieli zawładnąć tym miejscem i niezmordowanie prawie ciągle robili ku temu próby. Siły im jeszcze dodawało i to, że w księżym ogrodzie biło źródło co cudów szczególnych było przyczyną. No może nie tyle samo źródło, co woda przecudna, co z niego biła. Do źródła tego pielgrzymi spragnieni łaski dążyli z dalekich stron Hiszpanii. My ich puszczaliśmy do źródła, ale pojedynczo, nie kupami, a i to po sprawdzeniu czy jakowejś broni pod sukniami nie chowają. Przybywali po pomoc różni kalecy którym ta woda czasem pomagała, więc oni w podzięce zostawiali dary różne a głównie to jedzenie. Wieczorem wszyscy uzdrowieni, i ci co za takich się mieli, procesje dziękczynne dookoła wsi naszej odprawiali. Źródło biło od ponad stu lat więc i droga co nią te procesje chodziły wydeptana bardzo znaczną była, tak że i nawet w nocy widać ją było. Staliśmy tam już jakiś czas sami lansjerzy, bo naszych poprzedników z liniowego pułku francuskiego pewnej nocy gerylasy bez jednego strzału wyrżnęli. My jednak, jak tam nastaliśmy zmieniliśmy politykę, Komendant nasz kazał być słodkim dla włościan tutejszych, a proboszcz dostał z powrotem swoje łóżko, z którego go wcześniej kapitan Francuz był wyrzucił. Ludzie zobaczyli, że nasze chłopy Dom Boży szanują i na Msze Niedzielne chodzą. Przestali traktować nas jak wrogów i powoli zaczęli traktować jak swój garnizon. Miłość ich do nas jeszcze wzrosła gdy nasi lansjerzy okrutnie sprali jakąś komendę francuską co chciała będąc w pochodzie przez wieś naszych gospodarzy obrabować.
|
| Poprawiony: środa, 13 lipca 2011 08:09 |
|
|
Przypadki porucznika Ryżewskiego
Wpisany przez Arsenał
poniedziałek, 21 marca 2011 10:38
|
460
(4 głosów, średnia ocena 4.50 na 5)
| Tags: lansjerzy | proza | Ryżewski Obok opracowań historycznych gawędy przy obozowym ognisku mieszają prawdziwe wydarzeni z żartem, fakt z dobrą historią. W ciągu minionych lat najwięcej chyba było słychać takich historii o poruczniku Ryżewskim, napoleońskim Zagłobie. Niektóre z nich zamieszczamy niżej.
Drogi Kolego!
Na naszym Forum pojawiło się zapytanie o polskiego oficera o nazwisku Ryzewsky. Należy domyślać się, że chodzi o polskie nazwisko Ryżewski. Był rzeczywiście taki oficer w Pułku Lansjerów, była to niezwykle ciekawa osoba. Służył w randze porucznika jeszcze od 1792 roku. Tak się szczęśliwie składa, że jakiś czas temu poznałem kuzyna tego oficera który miał trochę papierów po poruczniku. Przeprowadziłem z tym wtedy już mocno starszym panem wiele rozmów z których zrobiłem notatki, część opowieści udało mi się nawet nagrać na magnetofon. Z tych opowieści wyłania się bardzo interesujący obraz „naszej” epoki. Jestem teraz w trakcie spisywania tych rozmów i przepisywania notatek. Niestety nie mam kontaktu z tym starszym panem (listy wracały z adnotacją, że adresat nieznany) i nie wiem czy mogę publikować te materiały, ale na spotkaniach mój rozmówca nigdy nie prosił o tajemnicę, a skoro teraz pojawił się, jak mniemam, jego daleki kuzyn, to myślę, że po zamazaniu niektórych nazwisk i nazw możemy to opublikować. Sam zadecyduj, jesteś Prawnikiem i będziesz wiedział, czy to można.
Pozdrawiam,
Piotr M. Zalewski

Przypadki porucznika Ryżewskiego
Kilka lat temu będąc w podróży służbowej przejeżdżałem przez pewne małe miasteczko gdzie kiedyś mieszkali moi przodkowie. Ponieważ następnego dnia miałem załatwiać sprawy niedalekim mieście powiatowym postanowiłem przenocować w tutaj w W. Na nocleg wybrałem się do dalekich krewnych niegdyś zaprzyjaźnionych z ostatnimi mieszkańcami Domu rodzinnego, który jak pamiętałem stał w pewnym oddaleniu od miasteczka. W. to małe miasteczko, kiedyś miało prawa miejskie, targ, kościół, cerkiew i ratusz, ale kolejne wojny z wyludnionego spalonego miasta zrobiły osadę, a reszty dokonał zaborca odbierając prawa miejskie po Powstaniu Styczniowym i degradując tą niegdyś magnacką siedzibę do „rangi” wsi!
Drogę do domu kuzynostwa pamiętałem z dzieciństwa, była to jedyna krzywa ulica w tej miejscowości i taką nosiła nazwę. Biegła dookoła miasta w pewnym oddaleniu od rynku jakby zakreślając dawną lokację, była zapewne śladem granicy na której stał wał miejski. Znalazłem drogę, domek z czerwonej cegły prawie w całości obrośnięty winem.
Zapukałem, otworzył mi drzwi starszy pan w którym bez trudu poznałem „Pana wujka S.” którego pamiętałem jako zażywnego wysokiego dyrektora tamtejszej szkoły. Teraz wydawał się mniejszy jakby przygarbiony, choć włosów nie stracił tylko zamienił ciemne gołębio siwe. Po wzajemnych uprzejmościach i roztasowaniu się we wskazanym pokoju zostałem zaproszony do stołu.
Gdy siedzieliśmy przy obiedzie rozmowa od spraw bieżących wielkiego świata niepostrzeżenie zeszła na rzeczy tamtejsze i dawno minione. Prześlizgiwaliśmy się po latach dawnych i całkiem zamierzchłych, po wojnach, tych ostatnich i tamtych, minionych jakbyśmy sami mieli już wiek dębów najstarszych którymi obsadzone były szosy prowadzące do miasta. Tak minął czas jakiś aż wreszcie dożeglowaliśmy do W., tej małej mieściny, gdzie przy stole gawędząc siedzieliśmy. Mój rozmówca, pamiętając, że w dzieciństwie byłem tu kiedyś, zapytał czy pamiętam dom za miastem należący kiedyś do moich przodków, bo dawno już się zawalił, i dziś po nim śladu już nie ma. Pamiętałem, jak przez mgłę, bardziej jakby to było zdjęcie czarno białe niż prawdziwe wspomnienia. A może było to zdjęcie ? Przecież Ojciec robił ich tyle na każdych wakacjach, teraz już nie wiem.
Pamiętałem na pewno ostatniego mieszkańca tego domu, był to brat stryjecznego dziadka mojego (ze strony matki mojej), jego wielką postać, ogromne wąsiska białą od siwizny bujną jak na jego podeszły wiek czuprynę i zawsze gorące ręce. Jak się dowiedziałem miał on wtedy już prawie sto lat i gdy odszedł uważano go za najstarszego mieszkańca powiatu. Moich rodziców „rzucało” po świecie, więc zapewne na jego pogrzebie być nie mogli, a ja byłem zapewne zbyt mały. Dowiedziałem się o tym teraz, zacząłem rozmyślać ile to bym mu pytań zadał, ile jego ciekawych historii bym usłyszał. Z tych rozmyślań wyrwał mnie mój gospodarz. Nawet nie zauważyłem kiedy wyszedł z pokoju., a teraz wrócił i taszczył wielkie zakurzone pudło.
|
| Poprawiony: poniedziałek, 04 lipca 2011 14:31 |
|
|
|