| o pułku lekkokonnym gwardii Napoleona I przez cały czas od zawiązania pułku aż do końca w roku 1814
Sławny dziejopis Thiers rzadko wzmiankuje o tym pułku, gdy jednak podobało się temu pisarzowi wyrzec w niedokładnym opisie bitwy pod Somosierra te boleśnie zadziwiające słowa: Chevau-Légers polonais, que Napoleon avait formé à Varsovie, pour qu'il y eut de toutes les nations et de tous les costumes dans sa garde — to jest: Lekkokonny pułk polski sformowany w Warszawie przez Napoleona, ażeby mieć w swojej gwardii wszystkie narody i ich stroje — przeto żeby zbić ten gruby zarzut Napoleonowi i pułkowi naszemu przez namiętnego dziejopisa uczyniony, zaczynamy pracę naszą od podania pamięci rodaków dekretu Napoleona stanowiącego utworzenie i skład tego pułku. Oto jest ten dekret w tłumaczeniu: W obozie naszym cesarskim w Finkenstein dnia 6 kwietnia 1807 r.: Napoleon cesarz Francuzów i król włoski postanowiliśmy i stanowimy, co następuje: Artykuł 1. Artykuł 2. Artykuł 3.
Artykuł 4.
Artykuł 5. Artykuł 6. Artykuł 7. Artykuł 8. Artykuł 9. Artykuł 10.
Dekret utworzenia gwardii polskiej Komisja Administracyjna warszawska Każdy ma wolny przystęp do tej gwardii, bądź szlachcic, mieszczanin czyli wieśniak; tylko złe obyczaje, nałogi, podłe rzemiosła, brak wychowania i wady ciała mogą do tej służby nie dopuszczać. Wszelako każdy pragnący mieć przystęp do tej gwardii, powinien być właścicielem lub synem właściciela, albo mieć ręczyciela swojej wierności. Gwardia ta będzie opatrzona w mundury, w konie, w rynsztunek i utrzymywana kosztem skarbu cesarskiego. Ponieważ w wojsku ludzie luźni przeszkadzają ruchom wojennym, każdy gwardzista będzie obowiązany sam opatrywać swego konia, tego wiernego towarzysza swoich trudów. Pospieszajcie, młodzi ochotnicy, stawiać się i zasłużyć pod opieką Napoleona wielkiego na imię wojowników d dowieść waszym męstwem, wytrwałością w pracy i cnotami Polakom wrodzonymi, że zasługujecie być wcielonymi do korpusu wyborczego narodu i wojska zwycięskich; wywdzięczcie się krajowi, przyczyniając się do jego chwały i zasługując na pochwałę bohatera,, odnowiciela i pokojodawcy świata. Odezwa ta ogłoszoną będzie przez księcia dyrektora wojny. Działo się w Warszawie na posiedzeniu 19 lutego 1807 Z takich to więc ochotników złożony był pułk gwardii polskiej. Nie nam sądzić z jakich powodów utworzył go Napoleon, ale i panu Thiersowi, aczkolwiek eks-ministrowi, mówcy i pisarzowi głośnemu, nie jest dano orzekać, że Napoleon zwerbował sobie pułczek w Warszawie dla pokazania paryżanom kurtek i czapek polskich. Pułk nasz był złożony nie tylko z ochotników, ale z kwiatu młodzieży z całego kraju. Dość jest przejrzeć pobieżnie nazwiska, które nam się nawet w tym szczupłym artykule nasuwają, żeby się przekonać, iż ten pułk nie składał się z synów kraju, który zwano Prusami Południowymi, ale że złożony był z młodzieży przybywającej do Czarnego i Bałtyckiego Morza, od Dniepru i od Karpat, słowem, ze wszystkich zakątków dawnej Polski. Byli to po największej części studenci, ale i wiele było takich, co w obcych wojskach naukę i doświadczenie wojskowe pobierali; byli to w ogólności tacy, którzy nie dla utworu Księstwa Warszawskiego domy ojcowskie opuścili, lecz byli ożywieni tym duchem, jakim tchnie dekret Rady Administracyjnej, rządu zawiązanego w Warszawie. Istotnie pułk ten był rodzajem reprezentacji krajowej przy Napoleonie, mającej połączyć cnoty odziedziczone z wykształceniem, jakiego położył zaród Komisja Edukacyjna i Sejm Czteroletni, a które miał uzupełnić twórca kodeksu, ustawy dla kraju. Dlatego w pułku naszym nie znano innej różnicy między towarzyszami broni, tylko tę, jaką daje; odznaczenie, zasługa, zdatność, nauka. Lubo w sztabie pułku nie było księdza kapelana, nie brakowało na uczuciach religijnych, jakie kto przyniósł z rodzinnego domu. Zresztą nie pytano się o wyznanie, o ród, o majątek i tym podobne przedziały klas towarzystwa ludzkiego. Śpiew ulubiony pułku zawierał tę zasadę: „Wszyscy bracia, bo Polacy, kochajmy się wszyscy razem!" — I tak w korpusie oficerów widziano obok Radziwiłłów, Giedroyciów, Kilińskiego , Kocha i innych synów miasta Warszawy, a w szeregach znaleźć można było starozakonnych ożywianych przykładem Berka majora i Tatarów mahometanów, których po wyprawie r. 1812 była cała kompania, stanowiąca szwadronik bojowy ubrany po tatarsku. Z przytoczonego dekretu Napoleona przekonają się nasi czytelnicy, że szwoleżery polskie były starą gwardią od początku formacji całkiem asymilowani do strzelców konnych gwardii. Jeżeli po pamiętnym natarciu pod Somosierra biuletyn urzędowy numer 13 z dnia 2 grudnia 1808 r. zawiera te słowa: — Ce régiment s'est couvert de gloire et a montré qu'il était digne de faire partie de la Garde Impériale, to jest: — Pułk tein okrył się sławą i dowiódł, że jest godzien być częścią gwardii cesarskiej — to bynajmniej nie ma znaczyć, że dopiero za ten czyn był przyjęty do gwardii, ale że będąc pułkiem młodym, obcym, którego tylko jeden oddział był pierwej odznaczył się pod Rioseco, okazał się w oczach cesarza godnym tej łaski, do której go powołał jeszcze w Warszawie i w Finkenstein.
Dodać jeszcze musimy dla sprostowania licznych w tym pomyłek, że do końca roku 1809 nie byliśmy uzbrojeni w kopie, czyli lance. Mieliśmy karabinki, pistolety i pałasze, byliśmy czysto szwoleżerami. Dopiero dostawszy do powyższej broni jeszcze kopie w obu szeregach zostaliśmy przezwani: Chevaux-Légers Lanciers polonais de la Garde. Gdy jednak to uzbrojenie okazało się uciążliwym i niestosownym, wróciliśmy się do przyjętego przez sławnych usarzów polskich zwyczaju, że tylko pierwszy szereg był uzbrojony w kopie, czyli lance, a drugi szereg został przy karabinkach, ma się rozumieć i pałaszach. Takie uzbrojenie jazdy polskiej okazało się najskuteczniejszym, lecz nie tu jest miejsce rozpisywać się nad tymi szczegółami należącymi do taktyki jazdy. Lubo umundurowanie pułku jest znane z wielu obrazów i szczegóły tego umundurowania nie dadzą się tak opisać jak wyobrazić, nie zawadzi podać i o tym jakąkolwiek wiadomość czytelnikom, a pamiątkę synom naszym. Z początku, gdy ochotnicy więcej mieli upodobania w mundurach niż doświadczenia wojskowego, postanowiono dwie barwy mundurów: paradny biały, służbowy granatowy, a te dla oficerów znowu podzielono: na wielki i mały mundur. Wielki był polski, to jest kurtka, mały — francuski, to jest frak, prócz jeszcze surdutów dla oficerów, spencerów dla szeregowych, płaszczów i różnych dodatków. Sądziły zapewne wnuki dawnych usarzy, że kolebki i skarbniki czterokonne będą za nimi ciągnąć. Miał więc cały pułk jednostajne polskie czapki karmazynowe sukienne pikowane, z przodu metalowym złoconym pół słońcem ozdobione, a w środku tego promienistego półsłońca była na białym dnie litera N złocista z podobnąż koroną cesarską. Potrzeby wszelkie u czapki były u oficerów srebrne, u podoficerów pół srebrne, pół jedwabne karmazynowe, u brygadierów i szeregowych białe. Toż ma się rozumieć o szlifach i akselbantach, które ostatnie w wojsku francuskim były oznaką gwardii lub żandarmerii. Okucie daszka czapki, łańcuszek do podpinania i inne metalowe przybory u oficerów srebrne, u reszty posrebrzane. W paradzie zakładali wszyscy do czapek pióra białe, wykwintne, strusie lub kapłonie. Oficerowie starsi, aż do szefa szwadronu włącznie, mieli czapki karmazynowe aksamitne pikowane srebrem i kity z piór czaplach. W marszu chowały się wszelkie ozdoby lub pokrywały pokrowcami — prócz szlif i akselbantów — a czapki osłaniały się ceratą czarną.
Atoli oprócz czapek jednostajnych miały być od parady kurtki białe z wyłogami karmazynowymi, bogato srebrem haftowanymi, i spodnie karmazynowe z lampasami srebrnymi; zaś balowe fraki podobnież białe z wyłogami karmazynowymi i z takim samym haftem jak kurtki. Kiedy te paradne mundury białe postanowiono, nie spodziewano się zapewne, że nim połowa pułku opuści Warszawę, pierwsze oddziały będą się już biły w Hiszpanii, w Madrycie dnia 2 maja i pod Rioseco dnia 14 lipca 1808 r. Gdy więc wkrótce okazało się, że nasza gwardia nie do salonów dworskich, ale do obozów i wojny stworzona, i że. przy pułku nikt prócz starszych oficerów sztabowych bryczki mieć nie może, przeto wkrótce zaniechano tych mundurów paradnych białych i przyjęto jednostajne kurtki granatowe z wyłogami karmazynowymi, rozpiętymi, a spodnie granatowe z lampasami karmazynowymi za strój od porady. Wyłogi miały u oficerów wszelkiego stopnia lekki haft srebrny na kształt łańcuszka, zaś u podoficerów i szeregowych galonki srebrne. Na paradę były wyłogi rozpięte, kurtki na haftki zapinane, a oficerów szarfy srebrne karmazynem przerabiane. Na służbę i marsz były kurtki na krzyż zapięte i rajtuzy skórą podszyte. Spodnie karmazynowe pozostały tylko u sztabsoficerów do ich woli. Rzemienie, to jest pasy do pałasza, na klamrę z orłem francuskim, pas do ładownicy, owo zgoła wszystkie rzemienie białe, starannie czyszczone. To samo wszystko u oficerów srebrne, safianem czerwonym podszyte. Płaszcze były u oficerów granatowe, surduty takież, furażerki oficerskie były to konfederatki karmazynowe z baranem czarnym. Podoficerowie i szeregowi mieli płaszcze białe z kołnierzem karmazynowym, furażerki zaś kroju francuskiego, o trzech kolorach polskich.
Trębacze byli zrazu całkiem karmazynowo z wyszywaniami srebrnymi i białymi, lecz później przybrali czapki białe z piórami czerwonymi i kurtki białe z wyłogami karmazynowymi, zresztą podzielali ozdoby właściwe całemu pułkowi, siedzieli na koniach siwych, czapraki mieli karmazynowe. Zaś czapraki w całym pułku były granatowe, ozdobne z frontu po obu bokach literą N z koroną, a po tylnych końcach orłem cesarskim także z koroną; to wszystko u oficerów srebrem, u niższych rang i szeregowych suknem białym i sznurkiem karmazynowym wyszywane, rzęd na konie ozdobny, mantelzaki karmazynowe. — To wszystko, jakkolwiek tylko w skróceniu opisane, sprawiało i z osobna, a więcej jeszcze w masie widok zajmujący. Żaden pułk gwardii francuskiej konnej nie miał tyle i tak gustownego blasku: te pióra strusie na lśniących karmazynowych czapkach, te barwy niegdyś mundur województwa krakowskiego stanowiące, tak pięknie dobrane, biała, granatowa i karmazynowa, sprawiały nie tylko w paradzie, ale nawet i w marszu widok ujmujący. Gdy do tego przybyły jeszcze proporce, pół białe, pół karmazynowe, postawa pułku stała się. jeszcze bardziej zachwycająca.
Musimy jeszcze czytelnikom naszym objaśnić, jak to na rewii pod Dreznem wyżej cytowany pułk nasz mógł mieć piętnaście szwadronów? Według dekretu cesarskiego pierwotnego pułk składał się z czterech szwadronów, a z ośmiu kompanii — lecz gdy w wojsku francuskim ówczesnym szwadron manewrowy, czyli bojowy, składał się z czterech plutonów po dwanaście rot, więc rozróżnić trzeba: szwadron „etatowy" — escadron de comptabilité — od szwadronu „w boju" lub na „mustrze" — escadron de manoeuvre et de guerre. Miał więc pułk zrazu cztery szwadrony etatowe po 250 koni, co tworzyło dwa małe szwadrony na musztrze i w boju; a zatem miał pułk w początkach, gdy się złączył w Hiszpanii w r. 1808, szwadronów bojowych ośm. Ale później przybyły szwadrony etatowe: 5. 6. 7. po 250 koni każdy i jeszcze w r. 1813 kompania, czyli szwadronik Tatarów, tak że pułk nasz podczas zawieszenia broni występował w roku 1813 w Dreźnie w piętnaście szwadronów, to jest przeszło 1500 koni. Trzeba albowiem wiedzieć, że w roku 1812 w Wilnie cesarz dekretował utworzenie pułku gwardii litewskiej, zupełnie do naszego asymilowanej, z tą dawną w Polsce używaną różnicą, że pułk litewski zamiast ozdób srebrnych i białych miał ozdoby złote i żółte. Ten pułk miał szwadrony cztery — nie wiem jak liczne? — formował się w Warszawie pod dowództwem jenerała Konopki, który będąc majorem w naszym pułku, postąpił w Wilnie na dowódcę gwardii litewskiej i kadry do niej z naszego pułku dostał. Gdy zaś ten pułk został w Słonimiu rozbity przez jenerała rosyjskiego Czaplica (Polaka), więc co uszło z tej nieszczęśliwej porażki lub co z tego pułku pozostało w Warszawie, to wszystko zostało wcielone do naszego pułku. Szwadron piąty został sformowany w Gdańsku przez Seweryna Fredrę z ochotników wileńskich, szwadron szósty z reszty gwardii litewskiej przez Ambrożego Skarżyńskiego, szwadron siódmy z ochotników krakowskich przez Stanisława Rostworowskiego. Tyle dajemy szczegółów czytelnikom naszym, pobieżnie, o pułku gwardii polskiej Napoleona. Okazały się w latach 1854 i 1855 dwa dzieła, z których ciekawi mogą więcej zaciągać wiadomości o naszym pułku: jedno w Poznaniu przez pułkownika Niegolewskiego, drugie w Paryżu bezimienne ". Do tych źródeł odsyłając naszych czytelników, przystępujemy do sprostowania zdań i powieści o naszym pułku, jakie nam się w różnych pismach polskich, a mianowicie w „Czasie", czytać zdarzyło i dodając niektóre uwagi nasze o zasługach tego pułku względem kraju. [...] Nie ma potrzeby zajmować czytelników poszczególnym rozbiorem i zbijaniem tej powieści. Żyje nas między innymi trzech kolegów spod Somosierry w Galicji, prócz mnie piszącego pułkownicy Piotr Krasiński i Gabriel Siemoński, a czwarty kolega, pułkownik Jędrzej Niegolewski, w Poznańskiem. Jako to: pan major popisywał się pod Rioseco i wytrzepawszy tam porządnie Hiszpanów, jak się wyraża, wszedł w tryumfem do Madrytu. Zapomina więc pan major, że szwadron Wincentego Radzimińskiego, co walczył 14 lipca pod Rioseco, nie był w Madrycie wcale, aż dopiero po zajęciu tej stolicy przez Napoleona w grudniu. Zapomina również, że szwadrony, co wkroczyły do Madrytu na wiosnę jeszcze z Muratem, pod dowództwem samego pułkownika Wincentego Krasińskiego i szefów szwadronu Tomasza Łubieńskiego i Jana Kozietulskiego, wyszły z Madrytu także właśnie tego samego dnia 14 lipca, którego Radzimiński walczył pod Rioseco. Szwadrony te szły w pomoc marszałkowi Bessières i złączyły się z nim pod Rioseco, ale już po bitwie. Zapomniał więc opowiadacz, że cały oddział gwardii polskiej, jaki był w. Madrycie, opuścił to miasto, nie doczekawszy się mizernego wejścia króla Józefa29 do nie swojej stolicy ani sromotnej jego z niej ucieczki. To znowu opowiadacz robi Kozietulskiego swoim rotmistrzem, ten każe mu ludzi wołać do apelu, jakiś adiutant cesarski daje Kozietulskiemu rozkaz: Mon capitane! faites charger ces coquins là! Same szczegóły mylne. Kozietulski nigdy nie był w naszym pułku rotmistrzem, czyli kapitanem, żaden wachmistrz szef czy wachmistrz starszy nie czytał przed nim apelu. Kozietulski był szefem szwadronu, tj. miał rangę pułkownika, żaden adiutant cesarski nie byłby się ważył przemówić do niego inaczej jak: mon colonel, bo marszałkowie, sam Napoleon nawet dawał szefom szwadronu i batalionu gwardii tytuł pułkowników. Kozietulski był dowódcą 2. szwadronu, składającego się z 2. kompanii kapitana Jerzmanowskiego i 6. kapitana Radzimińskiego, które to dwie kompanie były się już dawno przed Somosierra połączyły, to jest oddziały z Madrytu i spod Rioseco, bo cały pułk, czyli wszystkie ośm kompanii, i te, co były już dawniej w Hiszpanii, i te, co nadciągnęły z Polski, były się zeszły między Pancorbo i Brivieska i stały obozem podzielone na dwa regimenta, każdy o czterech szwadronach bojowych. Pierwszy regiment pod pułkownikiem Krasińskim stał pod Santa Maria del Cobo, drugi pod majorem Dautancourt przy Briviesce. Kozietulski pod Somosierra nie nacierał ze swoim 2. szwadronem, ale z 3. składającym się z kompanii: 3. kapitana Dziewanowskiego :2 i 7. kapitana Piotra Krasińskiego. Szefem szwadronu 3. był Ignacy Stokowski, ten nie był jeszcze osobiście zdążył do Hiszpanii i dlatego adiutant major kapitan Duvivier — jak to dobrze pamiętam — o brzasku dnia pod Bocequillas komenderował na służbę z kolei szefa szwadronu Kozietulskiego i tym sposobem to ten znakomity oficer prowadził do boju 3. szwadron. Jeszcze jedną, a to grubą militarną pomyłkę popełnił opowiadacz pan major mówiąc: ,,Z tym wszystkim gdyby Hiszpanie byli choć jeden zasiek zrobili na gościńcu i diabły nic by nie wskórali." Najpierw niech daruje pan major, ale to wyraz niereligijny, a po wtóre myli się, bo był zasiek, czyli raczej rów przez gościniec przekopany, i właśnie poty Napoleon jazdy nie wysłał, póki piechota rowu tego chrustem i kamieniami nie zasypała. Jakkolwiek bolesno nam jest czytać tę potwarz rozpowszechnioną przez Kalendarz krakowski, stosujemy się do zdania kolegi Niegolewskiego, że ta plotka nie zasługuje na odpowiedź i opuszczamy ją, gotowi każdego czasu podnieść rękawicę w obronie moralności i religijności naszego pułku, gdyby tego zdarzyła się potrzeba. Wszelako przychodzi nam na pamięć wypadek zdarzony przed frontem tego samego trzeciego szwadronu, o którym dotąd była mowa. W jednej wielkiej bitwie, gdy kule armatnie ostro grały, zdarzyło się, że szwoleżer młody uchylił głowy przed przelatującą nad nim kulą armatnią. Żołnierze sąsiedzi zaczęli na niego powstawać i chcieli, żeby ustąpił z szeregu. Szef szwadronu 3., Ignacy Stokowski, dawny legionista, słysząc to, odwrócił się do frontu i rzekł mniej więcej te słowa: — Koledzy, nie miejcie za złe młodemu wrażenia, jakie na nim pierwszy ogień robi. Ja wiem, że on się przy bliskiej sposobności odznaczy; a ty młodzieńcze przeżegnaj się w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego i bądź przekonany, że ci się nic nie stanie bez boskiej woli. — Jakoż wkrótce po kanonadzie nastąpiły kilkakrotne natarcia jazdy i młody szwoleżer istotnie się odznaczył. W „Tygodniku Warszawskim" nr XV, w „Czasie" z dnia 19 kwietnia 1855 czytamy relacją o bitwie pod Somosierra jakoby pochodzącą wprost od kapitana Wincentego Toedwena. Znamy tego zacnego kolegę, znamy jego działalność, możemy powiedzieć jego cnoty, i dlatego właśnie pokładamy zdanie, że relacja o Somosierze tak jak jest wydrukowana w „Tygodniku Warszawskim", nie jest wierną opowiadaniu kapitana Toedwena. Jakoż i autor „Tygodnika" sam pisze: „Toedwen, jeden z naocznych świadków tej sławnej rozprawy, żyje do dnia dzisiejszego, a będąc w miesiącu grudniu 1853 w Warszawie, opowiadał sam ciekawe szczegóły dotyczące tej bitwy, które jeden z obecnych skreślił do swych notât i nawet odczytał je w pewnym literackim gronie. Zrobiłem za pozwoleniem właściciela tych notât wyjątek z tychże i podaję tak, jak wyszły z ust starego wojaka".
Wrócimy jeszcze do opisu osnowanego na opowiadaniu kapitana Toedwena, ale teraz przejdziemy za przewodnictwem tego samego „Tygodnika Warszawskiego" do nekrologu kapitana naszego Romana, w zeszycie trzecim Cmentarza Powązkowskiego, wydanego w Warszawie r. 1855 przez czcigodnego Kazimierza Władysława Wójcickiego, który to nekrolog i przypisy do niego powodowały autora „Tygodnika Warszawskiego'' w „Czasie" ująć się za — jakoby zapomnianym — kapitanem Toedwenem i umieścić poprzednio rozebrany przez nas artykuł o nim. Co się tyczy obrony kapitana Brockiego od niewoli, to się działo w okolicach Moskwy. Nie zaprzeczamy, że Roman zrobił co mógł dla obrony swego starszego, ale nie w sposób tak niezrozumiały, i że szanowny Aleksander Brocki, kolega nasz ukochany, późniejszy radca Komisji Skarbu Królestwa Polskiego, nie uszedł wówczas niewoli i nie wrócił do Warszawy aż po ukończonej wojnie. Nie słyszeliśmy nigdy o zakładzie z oficerami jazdy nieprzyjacielskiej, jakoby ich Roman czterech uzbrojonych w pałasze pobić miał sam jeden lancą i że skutkiem tego odbył z tymi czterema oficerami nieprzyjacielskimi pomyślnie cztery pojedynki na pałasze.
Otóż na nieszczęście nie dzisiejsze pokolenie, ale siedmioletni koledzy wojny zaprzeczają tym egzageracjom i poczytują takowe za złe w imieniu rycerza samego, któremu te przechwałki ubliżają równie jak pułkowi, w którym on położył zasługi. Dlaczegóż czytamy w tym samym zeszycie Cmentarza Powązkowskiego nekrologi pułkownika piechoty Cypriana Godebskiego i majora Luxa, pełne powagi, prawdy i prostoty, tak jak przystało na bohatera spod Raszyna i rycerza z San Domingo? Dlaczegóż musimy czytać przeciwnie w „Tygodniku Warszawskim" w owej pogadance przypisywanej Toedwenowi, że „kontrola szwadronu" (?) w kaszkiecie jego tak była posiekana kulami, że nie można jej było użyć do apelu. Te i tym podobne anegdoty są z rodzaju tych osławionych, które niestety, zwłaszcza od niejakiego czasu, przypisują Radziwiłłowi Panie Kochanku, a które może niejeden pisarz podrabia... Nie trzeba, żeby świetne, czyste, wzorowe zasługi naszej gwardii przechodziły przez obłąkane pióra na pole owych pamiętników Dmochowskiego z Przemyśla, które wydał Jędrzej Koźmian, a w którym dziele, prócz przedmowy Koźmiana, nie ma nic, co by krytykę wytrzymało... I tam są twierdze zdobywane, o których nikt nigdy nie słyszał, i epizody romantyczne o ognistych oczach, o ostrych sztyletach, o zabójczych truciznach, tak jak w nekrologu kapitana Romana, co bardzo może być piękne w melodramacie, ale bardzo nudne dla tych, co przebyli trzy lata w Hiszpanii prawie w ciągłej wojnie. I tak co do romantycznych przygód kolegi Romana musimy już aż do znużenia powtarzać, żeśmy w latach 1807, 1808, 1809 nie byli ułanami. Dodajemy uwagę, że Roman Wiktor nigdy nie był kapralem, ani żaden z imienników jego kilku w pułku gwardii polskiej, bo kaprale byli tylko w piechocie, a nasz pierwszy stopień, jak to widać z dekretu formacji, miał nazwę brygadiera; że przez trzy lata pobytu w Hiszpanii nie doznaliśmy ani owych sztyletów, ani owych zabójczych trucizn od pięknych Hiszpanek, że przeciwnie, bardzo wielu oficerów polskich pożeniło się w tym kraju z córkami znakomitych rodzin, jak jenerał Estko, jak pułkownik Chłusowicz i wielu innych, że nigdy nie słyszeliśmy o jakiejś przeprawie brygadiera Romana przez morze, w którym konie musiały pływać, że tenże kolega nie mógł dostać warkocza od pięknej branki, udając się na bitwę pod Burgos, bo to się sprzeciwia chronologii ruchów naszego pułku. Nie przypuszczamy także, żeby Napoleon sam podpisywał nominacje podporuczników, czyli raczej poruczników II klasy, bośmy w żadnym stopniu takiej z podpisem jego nie odebrali, a tym mniej pojmujemy, żeby cesarz był napisał lub podpisał te wyrazy: Il commanda le premier peleton de l'escadron, qui chargea SomoSierra, et donna l'exemple de cette témérité et bravoure, qui lui mérita mon estime — Dowodził pierwszym plutonem szwadronu, który szarżował pod Somosierra i dał przykład owej śmiałości i męstwa, co mu zjednało mój szacunek. Ponieważ zaś nekrolog kolegi Romana zaczepił charakter narodu hiszpańskiego, zarzucając mu sztylety i trucizny, nie chcemy opuścić sposobności oddania naszego świadectwa narodowi hiszpańskiemu, iż jeżeli lubi się sam nazywać heroica nación, to jest takim istotnie. Nic w Hiszpanii nie znaleźliśmy podłego, wiele, bardzo wiele do naśladowania. Cóż tam cudzoziemcowi nachodzącemu ich kraj narzekać na sztylety, kiedy tam nikt nie chodzi bez sztyletu, to jest bez noża kończystego, obosiecznego, cuchillo zwanego, kiedy tam codziennie chłopi pojedynkują się na takie noże. Palafox, gdy go wezwano do poddania Saragossy, wystawiając mu, że ulegnie przemocy, odpowiedział: — Dobrze, to pójdziemy na noże — o cuchillo! — to jest: będziemy się bronić do ostatniego. A co do trucizny — nie słyszałem o niej, lecz widziałem ją w piwnicach wina, z których mnóstwo Francuzów i naszych Polaków ginęło: Jeżeli nam się godzi śpiewać: „Cześć polskiej ziemi, cześć!", to niech mi wolno będzie powiedzieć, że te same słowa zastosuję do tej samej Hiszpanii, którąśmy wojowali tak niechętnie, tak niewinnie. To jednak wyczytaliśmy z wielką przyjemnością w przypisach do nekrologu podpułkownika Romana, że śp. jenerał Wincenty Szeptycki pozostawił pamiętniki, które nam są dotąd nie znane. Równie czytamy w tych przypisach z udziałem nekrolog Kozietulskiego i zdanie sprawy o Somosierze jenerała Tomasza Łubieńskiego, ale gdy każdemu z nas po przeciągu blisko połowy stulecia zdarza się mylić — a nas jest jeszcze, dzięki Bogu, znaczna liczba przy życiu dawnych towarzyszy broni, oprócz tu wyżej już wymienionych i za granicami kraju polskiego będących, jako to: jenerał Dezydery Chłapowski, jenerał Ambroży Skarżyński, jenerał Wincenty Dobiecki, pułkownik Wincenty Mikułowski, kapitan Dominik Kiełkiewicz, kapitan Joachim Hempel, kapitan Horaczko, a może i wielu innych kolegów, o których nam nie wiadomo — przeto życzyć by wypadało, żeby się kiedy mogło zjechać grono dawnych kolegów dla sprawdzenia i sprostowania relacji o znaczniejszych czynnościach pułku, żeby przejrzeć dzieło jenerała Dautancourt, takowe uzupełnić i w polskim języku wydać na pamiątkę tylu osób, rodów i imię polskie obchodzącą. Zanim wyjdzie co obszerniejszego i dokładniejszego o gwardii polskiej Napoleona, podajemy tu nazwiska oficerów starszych, czyli sztabowych tego pułku według porządku nominacji — i oficerów w boju poległych albo takich, co życie ponieśli w ofierze z ran lub trudów wojny. Wypisy te czynimy, z żalem wyznać przychodzi, bez żadnych notât, tylko z pamięci, lecz jeżeli koledzy znajdą w tym spisie pomyłki lub opuszczenia, to właśnie powinno ich zachęcić do uzupełnienia naszej drobnej pracy.
Oficerowie zaś polegli w boju lub co zeszli z ran albo z trudów, chronologicznie, lecz tylko z pamięci spisani są: Kasper Dembiński porucznik II klasy, krakowianin, zmarł szwankując z konia w okolicy Królewca r. 1807. Kapitan Dziewanowski poległ z ran. Porucznik I klasy Krzyżanowski zabity — obaj z Poznańskiego. Porucznik II klasy Rowicki, Mazowszanin. Porucznik II klasy Rudowski, krakowianin, obaj zabici — wszyscy czterej pod Somosierra 30 listopada 1808 r. Bogucki, porucznik II klasy, zabity pod Valladolid w końcu r. 1808. Kapitan instruktor Poleretzki, z rodziny węgierskiej we Francji przebywającej, i Zawidzki, porucznik II klasy, oba zmarli z trudów wojny w Chantilly w r. 1809. Kozicki kapitan poległ. Olszewski z Lubelskiego, porucznik I klasy, stał się kaleką, oba pod Essling r. 1809. Mogielnicki i Marczyński, oba poruczniki II klasy, polegli pod Wagram. Stanisław Gorajski kapitan z trudów wojny pod Wiedniem 1809 r. Doktor Déplace zabity w Hiszpanii r. 1810. Adam Załuski, porucznik II klasy, zginął w odwrocie z Moskwy r. 1812. Julian Krasiński74, porucznik II klasy, poległ pod Dreznem r. 1813. — Giełgud, porucznik II klasy pod Hanau. — Dominik książę Radziwiłł, major pułku, z kontuzji działowej w głowę odniesionej pod Hanau, umarł w Lauterecken. — Polegli: Grotus, porucznik II klasy, Malinowski, kapitan adiutant major, warszawianin. Gotartowski Marcel z Prus, porucznik II klasy. porucznik II klasy z Chęcińskiego, doktor baron Girardot pozbawiony uda. Gadon porucznik II klasy ze Żmudzi. Ci wszyscy we Francji r. 1814. Nie możemy sobie przypomnieć, gdzie i kiedy postradał życie Wybicki, porucznik I klasy, syn sławnego wojewody Wybickiego. Podawszy tak, acz niedokładnie, pamięci ziomków imiona rodaków, co w wyższych stopniach groby lub kalectwo na obcej ziemi znaleźli, mamy sobie za obowiązek zakończyć to pobieżne wspomnienie o pułku gwardii polskiej Napoleona kilku słowami skierowanymi do tak zasłużonego i pracowitego wydawcy Obrazów starodawnych Polski Kazimierza Władysława Wójcickiego. Szacowny ten pisarz rzeczy narodowych podaje nam zbiór ciekawych przypomnień o tych sławnych husarzach — przodkach naszych — których między niezliczonymi innymi dwa natarcia: pod Kircholmem i pod Wiedniem, całą Europę rozgłosem sławy polskiej napełniły. Szanowaliśmy w młodości naszej wszyscy, równie z autorem, pamięć tych dzielnych jeźdźców i młodzież brała ich sobie za wzór, a możemy z pociechą dla przyszłych pokoleń wyrzec, iż gdy kto przejrzy czynności ułanów nadwiślańskich i gwardii polskiej Napoleona, będzie musiał przyznać, że nie pozostali za wzorami w tyle pod względem odwagi, a pod względem karności daleko ich wyprzedzili. Piechota angielska, ów mur nieprzełamany pod Waterloo, niech powie, co wycierpiała od ułanów nadwiślańskich w Hiszpanii, mianowicie pod Albuerą. Pełne były w czasie swoim dzienniki angielskie opisów o tych natarciach kopii polskich. Zaś co do pułku gwardii polskiej, wzywamy przeciwników, żeby wskazali jedną porażkę tego pułku. Nie ma tu mowy o bitwach walnych przegranych, jak np. pod Lipskiem, ale i w takich, a mianowicie w lipskiej, bardzo się pułkowi gwardii polskiej szczęściło. [...] Czy zaś wychowanie nasze tak dalece zniewieściało, mogą inni wojskowi polscy, jeszcze żyjący, odpowiedzieć. Ja tylko kilka przykładów z pułku gwardii polskiej Napoleona przytoczę. Józef Stadnicki, brat rodzony Jana hrabi Stadnickiego, prezesa Stanów Galicyjskich, będąc szeregowym, a potem brygadierem w gwardii, jedną ręką podnosił zad każdego konia, a gdy się koń. nie dawał kuć, to jak go ujął za ucho, obalał konia na ziemię. Te dwie czynności były u niego codzienne, nie robił tego dla chwalby albo jakby co szczególnego, on to sobie miał za nic. Był nadzwyczajnej siły i zręczności, przy tym postać i uroda, które niezawodnie mogły stanąć obok owego husarza Krajewskiego, co to na wieczerzy imponował wodzom szwedzkim przed rozprawą kircholmską.
Seweryn Fredro, oficer, później szef szwadronu, był także niepospolitej siły, zręczności i lekkości, a każdego konia przeskakiwał z największą łatwością. Przy tym był postaci wspaniałej, mało kto albo raczej nikt nie mógł się odważyć iść z nim w zapasy na siłę. Gdy dowodził szwadronem strzelców konnych gwardii francuskiej i polskim przy boku króla neapolitańskiego pod Połockiem, gdzie Napoleon był się z Wilna obiecał, ale w inny kierunek się udał, oficerowie francuscy, obiadując u stołu szefa Fredry według możności czasu i miejsca, ganili chleb żytni razowy litewski, jakiego nam obywatele z gościnności do obozu dostarczali, i twierdzili ci oficerowie, że chleb żytni sprawia w żołądku kwasy, że pszenny jest o wiele zdrowszy, że oni , wychowali się na pszennym pieczywie — a byli to oficerowie nie z markizów i vicomtów, ale z prostych guidów Bonapartego awansowani, okazałych postaci, jak to mówią „chłop w chłopa". Znudzony Fredro tym kazaniem cudzoziemskim ozwał się z wrodzoną sobie żywością:
A jeżeli szanowny autor Obrazów starodawnych chce wiedzieć, jaki wpływ demoralizacji wywiera na nas cudzoziemszczyzna i pieskliwe wychowanie, niech się raczy zapytać świadków, jak Michał Mycielski i w jakim stanie zdrowia nacierał na czele 2. pułku ułanów, i choć niepoprawnie mówił po polsku, jak myślał? W r. 1810 poznałem w Hiszpanii szeregowego z pułku naszego nazwiskiem Kłoczewskiego, który nie miał jak około 20 lat mniej więcej. Atletycznej postaci, był tak silny, że przy pobieraniu obroku jeden wór jęczmienia brał i zarzucał na jedno, a inny na drugie ramię. — Trzeba wiedzieć, że w Hiszpanii nie karmią koni owsem i sianem, ale jęczmieniem i słomą na grubą sieczkę w młóceniu mułami startą. Kiedy była budowla stajen dla jazdy w Castrogeriz, brał belki na ramię i niósł z łatwością. Zdarzyło się, że go mamelucy wyzwali na różne próby siły. On wyszedł na belkę wysoko umieszczoną i spuścił im linę, kazał im czepiać się tej liny, a że on będzie ich podnosił. Mameluków przeciwnie chwyciło się jedenastu liny i usiłowali go z tamtego miejsca ściągnąć, co gdy się im nie udawało, wezwał ich, żeby się teraz mocno liny trzymali i wszystkich jedenastu podniósł. Ten Herkules miał te wady na wojskowego, że dużo jadł i musiano mu dostarczać podwójne racje mięsa i chleba, a był tak ciężki, że nie można było dobrać pod niego konia, każdego odpsuł. Jakoż, o ile pamiętam, w jakiejś potyczce przewrócił się pod nim koń i Hiszpany zakłuły tego mocarza. To niech służy szanownemu autorowi Obrazów starodawnych za dowód, że i w nowych czasach nie zbywało wojsku naszemu na mężach o sile nadzwyczajnej. Pisząc pobieżnie i z pamięci, nie podaliśmy jak tylko mało przykładów, lecz czynimy tę uwagę, iż w sztuce wojennej nie wszystko zależy od siły i rodzaju broni. Znałem w roku 1831 jenerała znakomitego, który raz tylko na dwie doby jadał, a sam sobie lubił konia kulbaczyć. Był postaci i sił wątłych, ale talentem, a mianowicie nauką, niemal wszystkim jenerałom przodkował. Jeszcze jedna okoliczność: między innymi jakoby zatraconymi zwyczajami żałuje autor Obrazów starodawnych zarzucenia łaźni! Przecież tu nie o tej musi być mowa, którą dziegciem czuć? Nam się w militarnych wspomnieniach przedwiecznych najbardziej podoba sposób używania łaźni Stefana Czarnieckiego, to jest przebywanie jego wpław Wisły i morza nawet. I nasi w czasach niedawnych tak ułani nadwiślańscy, jak i gwardia Napoleona, nie zostawali za wodą, gdy tego była potrzeba. Jednakże sądzimy, że jazda nie może się dość ćwiczyć w tym sposobie używania łaźni, która by ją wprawiła każdą rzekę, jakkolwiek bystrą i szeroką, z łatwością wpław przebywać. Wszakże i tu trzeba szczęścia — książę Józef Poniatowski skoczył szczęśliwie z mostu w Dunaj i przebył go dla żartu, a w małej rzece Elster utonął! Jeszcze jedna okoliczność, acz może podlegająca z pewnej strony naganie, jest to punkt honoru, jaki ożywiał naszych gwardzistów i innych rodaków służących pod Napoleonem. Były to częste przykłady samobójstwa, ale nie pochodzące z nikczemnej desperacji, lecz jedynie ze zbyt wygórowanego punktu honoru. O takich to Napoleon słysząc, wyrzekł te wyżej już przytoczone słowa: Ces Polonais! c'est tout honneur. Szkoda takich młodzieńców, religia ich potępia — ale z takim uczuciem honoru żołnierz nie zna ucieczki i tacy to zdobywają baterie, jak pod Somosierra, jak pod Możajskiem.
Czytaj również:
Rekrutacja do grupy szwoleżerów gwardii:
|
| Poprawiony: czwartek, 05 stycznia 2012 15:26 |
Szukaj
Sonda
Biuletyn
Odsłon : 853137
Na stronie
Naszą witrynę przegląda teraz 14 gości
Chmura tagów
Dodaj do Facebook
Menu strony
| Józef Załuski: WSPOMNIENIA
Wpisany przez Administrator
środa, 30 grudnia 2009 14:45
|















Pułki: lekkokonny gwardii Napoleona i ułanów, nadwiślańskimi zwanych, numerem 7. w armii francuskiej oznaczony, pułki te są następcami owych sławnych Lisowczyków. Równie jak oni, rozniosły te pułki daleko i szeroko sławę jazdy polskiej z tą chlubną dla siebie różnicą, że żadnym zakałem nie obarczyły swego i Polski imienia.
Równie błędnie niektórzy przyjaciele nasi mniemali, jak Niegolewski pisze, że dopiero za bitwę pod Somosierrą przeszliśmy z młodej na starą gwardią. Kiedy Napoleon podpisał dekret naszej formacji, nie było jeszcze młodej gwardii, a przynajmniej nie było jej z pewnością w jeździe. W naszym zaś dekrecie wyraźnie stoi, że marny żołd i całą organizacją na wzór najdawniejszego pułku gwardii konnej, strzelców konnych.


My do tego dodajemy, że cesarz byłby niezawodnie zdobył wąwóz Somosierry piechotą, aleby to kosztowało kilka tysięcy zabitych i rannych, wtenczas kiedy zdobycie impetyczne przez jazdę nie poniosło i stu ludzi straty. To jest tą zagadką militarną, na której rozwiązanie posłał Napoleon Polaków, bo znał skład tego pułku, że każdy gotów był lecieć oślep na śmierć dla sławy kraju, dla honoru pułku, a zwłaszcza w oczach jego samego.
Nie wiem, kto redagował tekst nekrologu kapitana Wiktora Romana, ale na stronie 124 wymknęły mu się te wyrazy: „dzisiejsze pokolenie nie zechce wierzyć temu i jako bajkę przyjmie".
Pułkownikiem dowódcą mianował Napoleon Wincentego Krasińskiego, który był pierwej pułkownikiem regimentu tworzącej się jazdy liniowej, a później został jenerałem brygady, hrabią na Opinogórze, jenerałem dywizji, a w Fontainebleau naczelnym dowódcą wszystkich Polaków we Francji w r. 1814 przy Napoleonie aż do jego abdykacji wiernie walczących. Majorami byli: Karol Delaitre, dawniej adiutant jenerała Klébera w Egipcie, potem szef szwadronu mameluków Napoleona, wystąpił na jenerała brygady w wojsku francuskim. Dautancourt, były szef szwadronu żandarmerii wyborowej; organizator pułku naszego. Jenerał Konopka, były dowódca sławnego pułku ułanów nadwiślańskich, wystąpił na dowódcę pułku gwardii konnej litewskiej. Książę Dominik Radziwiłł, ordynat, były pułkownik 8. pułku ułanów Księstwa Warszawskiego. Jan Kozietulski, były szef szwadronu w pułku. Paweł Jerzmanowski, były adiutant marszałka Duroc, a później kapitan w pułku, był z Napoleonem na wyspie Elbie i pod Waterloo. — Szefami szwadronu byli: Tadeusz Tyszkiewicz, wystąpił na pułkownika 2. pułku ułanów Księstwa Warszawskiego, później jenerał brygady i senator, kasztelan. Ludwik Małachowski. Tomasz Łubieński, wystąpił na pułkownika 8. pułku ułanów francuskich, złożonego z Polaków, później jenerał brygady i dywizji. Jan Kozietulski jak wyżej. Ignacy Stokowski wystąpił na dowódcę pułku ułanów nadwiślańskich. Henryk Kamieński wystąpił na dowódcę pułku piechoty Księstwa Warszawskiego, później jenerał brygady i dywizji, poległ pod Ostrołęką. Pac", były szef szwadronu w sztabie marszałka Bessières, wystąpił na pułkownika jazdy w wojsku Księstwa Warszawskiego, później jenerał brygady w sztabie Napoleona i jenerał dywizji, zmarły w Smyrnie. Dezydery Chłapowski, były oficer ordynansowy Napoleona, później jenerał brygady. Paweł Jerzmanowski, jak wyżej. Piotr Krasiński. Stanisław Rostworowski, były kapitan pułku. Seweryn Fredro, były kapitan pułku. Wincenty Szeptycki, były kapitan pułku, a następnie pułkownik ułanów gwardii Królestwa Kongresowego, później jenerał brygady. Ambroży Skarżyński, były kapitan pułku, później szef szwadronu w gwardii litewskiej. Stanisław Wąsowicz, odkomenderowany z pułku do sztabu cesarza Napoleona, później pułkownik officier d'ordonnance jego. Jędrzej Niegolewski, odkomenderowany do głównego sztabu księcia neufchatelskiego. Książę Woroniecki, były szef szwadronu gwardii litewskiej. Józef Załuski, były kapitan pułku, później pułkownik w strzelcach konnych gwardii Królestwa Kongresowego, później jenerał brygady. Antoni Jankowski, były kapitan w pułku, później pułkownik 1. pułku strzelców konnych w jeździe Królestwa Kongresowego, następnie jenerał brygady i dywizji. Wincenty Dobiecki, były kapitan pułku, później jenerał brygady. Benedykt Zielonka, były kapitan w pułku, później pułkownik w strzelcach konnych gwardii Królestwa Kongresowego.
Ambroży Skarżyński od porucznika pierwszej klasy aż do szefa szwadronu w pułku, później jenerał brygady w wojsku polskim, był podobnie nadzwyczajnej siły i zręczności. Między innymi miał dar rzucania proporcem, jak Turcy rzucają dzirytem — trafiał w cel i był w stanie przeszyć tym sposobem nieprzyjaciela, czego nie widziałem na własne oczy, ale słyszałem, że tego dawał dowody, nawet już będąc jenerałem. Żyje jeszcze, może się pan Wójcicki przekonać.
Benedykt Zielonka, pułkownik, był nadzwyczajnej siły i postawy lecz tu wzmianka się o nim czyni z powodu, że nigdy nie pijał nic prócz wody, co zaprzecza owej miękkości i zbytkom, jakie nam wydawca Obrazów starodawnych zarzuca.